Bieżący rok jest dla nas szczególny, mija bowiem 100 lat odkąd benedyktyni powrócili do Lubinia po kasacie. Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę, po okresie niewoli podczas którego zlikwidowano wszystkie klasztory benedyktyńskie w naszej ojczyźnie, dwóch polskich benedyktynów, szukało miejsca do którego mogliby powrócić. Ostatecznie dzięki życzliwości kardynała Dalbora osiedli w Lubiniu (oficjalny dekret z dnia 11 lutego 1924 r.), a fundacja znalazła oparcie w praskim opactwie Emaus (dokument fundacyjny z dnia 25 lutego 1924 r.). Wspólnota zakonna rozwijała się prężnie, a punktem kulminacyjnym odbudowy Lubińskiego opactwa było wybudowanie nowego skrzydła klasztoru. Kamień węgielny pod tę budowę położono w wielkiej radości, a w prasie napisano wtedy:
"Dzień 3 maja, dzień Święta Narodowego, który zdobi domy polskie w orły i purpurę, a serca, uciemiężone niewolą, co rok świeżą rozpiera radością, był w tym roku dla kościańskiej ziemi podwójnie uroczystym. Oto w prastarej siedzibie benedyktyńskiej w Lubiniu położony został kamień węgielny pod pierwsze polskie benedyktyńskie opactwo w odrodzonej ojczyźnie. Bóg sam wszechmocną ręką swoją przybrał ten zakątek prastarej Piastów ziemi w niezwykłą urodę. Łąki i żyzne pola bramowane są pagórkami zielonymi i wielkimi oczami modrych jezior. Dworki i chaty przyczepić się mogły do skłonów wzgórz. Na wyżynie, górując nad okolicą, osiedlili się pierwsi Benedyktyni za czasów bodaj Kazimierza Odnowiciela, Mnichem zwanego. Zapewne dlatego, że ufundował dużo klasztorów. Z daleka widoczna jest stawiana przez nich, okazała Lubińska świątynia. 3 maja smukła wieża powiewała od rana chorągwiami narodowymi i papieskiemi. Przyroda rozlała naokół majowe swe barwy soczystej zieleni i puszystej bieli drzew owocowych. Pod trzechsetletnim kasztanem olbrzymem, w dziedzińcu, w którym w granicie wykuci dawni stoją opaci, odprawiali synowie św. Benedykta mszę polową w rocznicę Konstytucji 3 Maja. Po południu ksiądz Kardynał-Prymas Polski zaszczycił Lubiń swojem najdostojniejszym przybyciem i pierwszy złożył podpis na pergaminowym akcie, który miał być potem wmurowany z kamieniem węgielnym w fundament nowego Opactwa.
O piątej samochody, powozy i bryczki ze wszechstron zbiegły się do stóp wiekowych murów Lubinia. Widzowie na chwil parę przeniesieni zostali w dawny Bolesławowy wiek, gdy z bram świątyni wyszedł ku budowli Najprzewielebniejszy Ojciec Ernest Vykoukal, Opat czeskich i polskich Benedyktynów, z asystą w białych gotyckich dalmatykach, otoczony zakonnikami w fałdzistych, obszernych czarnych płaszczach i licznie zgromadznem Duchowieństwem z okolicy. Chóralny liturgiczny śpiew łaciński, pergaminowy dokument, na którym podpisywali się uczestnicy dostojnej chwili; wreszcie mowy Opata Ernesta Vykoukala i Ojca Józafata Ostrowskiego stworzyły nastrój dziejowy. W chwili gdy złożony i pobłogosławiony ręką Dostojnika Kościoła pergamin i kamień zlewały się z murem nowego klasztoru, jako rękojmia nowych wielkich dla Lubinia czasów, z mroku przeszłości wyraźnie przed oczyma naszemi wyrastały obrazy. Ujrzeliśmy w duchu dawną Wielkopolskę naszą, Polaków kraj, porośnięty w odwieczne dęby i buki. Nasz książę Mieszko u granic ziemi oczekiwał czeskiej królewskiej córy, a z nią znamienia Krzyża świętego.
Pierwszy Benedyktyn przybyły do Polski, św. Wojciech, Czech, rozpoczynał dzieło polskiej kultury. Za nim szereg synów św. Benedykta zwołane przez Chrobrego i pierwszych jego następców z Czech, z Belgii i Lotaryngii, karczowały dąbrowy, zapuszczały lemiesz w polany, stawiały domy i świątynie, malowały przedziwnie mszały i psałterze. W Kazimierzowym czasie drewniane grody klasztorne urosły w murowane Opactwa; wiedza, praca, działalność benedyktyńska rosły ze sławą, z potęgą i wpływem Polski przez Jagiellońską świetną epokę i w bohaterskim, hetmańskim czasie. Przesunęła się przed oczami naszemi na chwilę i klęska Polski, a z nią rozproszenie Benedyktynów i zamknięcie ich klasztorów w trzech zaborach na to, by jak hejnał zwycięski zabrzmiały słowa, że z wolnością Ojczyzny powrócili do kraju synowie św. Benedykta".




