W naszym opactwie każdego dnia w czasie modlitwy południowej wspominamy czterech mnichów lubińskich, którzy posiadają tytuł Sługi Bożego. 28 stycznia przypada rocznica śmierci jednego z nich, o. Wojciecha Golskiego OSB. Warto przy tej okazji zapoznać się z sylwetką tego kandydata na ołtarze.
Życiorys
Tadeusz Golski urodzony 6 kwietnia 1902 r. w Poznaniu, syn Ludomira i Władysławy z domu Kornobis. Uczęszczał do gimnazjum Karola Marcinkowskiego i był tam prezesem szkolnej Sodalicji Mariańskiej. Odznaczał się niezwykłą pracowitością, pobożnością i gorącą wiarą. Dla kolegów był serdecznym przyjacielem. Studia teologiczne odbywał w Seminarium Duchownym w Gnieźnie. Święcenia kapłańskie otrzymał 3 czerwca 1927.
Jako neoprezbiter skierowany do Gołańczy, pow. Wągrowiec od 1 sierpnia 1927 r. Przeniesiony do Kruszwicy 1 stycznia 1928 r., pełnił tam obowiązek nauczyciela pomocniczego w szkole wydziałowej przez dwa i pół lat. W jesieni 1930 r. wstąpił do nowicjatu opactwa benedyktyńskiego w Belgi, w St. Andre koło Brugii. Pierwsze śluby zakonne tam złożył, 1 listopada 1932 r. i został mianowany wychowawcą (surveillant) w szkole oblatów.
Następnego roku został wysłany do opactwa w Brevnov w Czechosłowacji i przebywał tam jako socjusz mistrza nowicjatu do r. 1936. W tym czasie, opactwo St. Andre zakłada placówkę w Polsce, w Rabce, pod kierownictwem o. Karola Van Oost'a. Wojciech zostaje tam wysłany do pomocy. Lecz już w 1938 r. zostaje skierowany w ojczyste strony, do Wielkopolski i pracuje w Lubiniu, jako prawa ręka nowo mianowanego przeora, ojca Zygmunta Mreły, aż do chwili, gdy został wywieziony do Buchenwaldu 15 sierpnia 1940 r. Naoczny świadek, br. Tadeusz Stelmaszak OSB zanotował w swoich wspomnieniach :
Gdy do naszego klasztoru zajechało auto gestapowców, by wywieźć w tym dniu kolejną grupę księży do obozu zagłady, a ojciec Wojciech dowiedział się, że jest na liście przeznaczonych do wywózki, pobiegł do kaplicy, ukląkł przed Najświętszym Sakramentem na chwilę modlitwy, a potem spokojnie stanął wśród księży przeznaczonych do wywózki.
W Buchenwaldzie był więziony prawie cztery miesiące. Stąd przewieziony do Dachau, 8 grudnia 1940 r. Tam oddał życie Bogu, w 39 roku życia dnia 28 stycznia 1941 roku.
Z gimnazjum wspomina ks. Teofil Dals:
Co dotyczy księdza Wojciecha Golskiego, urodzonego 6 kwietnia 1903 roku w Poznaniu, to spotykałem się z nim jedynie na terenie Gimnazjum Karola Marcinkowskiego w Poznaniu, w latach od 1921 do 1922. Udzielał się jako prezes Szkolnej Sodalicji Mariańskiej. Odznaczał się niezwykłą pracowitością, pobożnością, gorącą wiarą. Dla kolegów był serdecznym przyjacielem. W obozie z nim się nie spotykałem. Zmarł w Dachau z wycieńczenia, dnia 28 stycznia 1941 roku.
Z czasu studiów w seminarium duchownym (odpis listu Ks. Sobeckiego do o. Bernarda Walczaka OSB, 6 sierpnia 1964 r.):
Czcigodny Ojcze! O śp. Golskim, ze zjazdu koleżeńskiego, wiele się nie dowiedziałem. Co tu o nim mówić. Młody człowiek, nic wielkiego nie zdziałał, na zewnątrz niczym nie zaznaczył swojej osobowości, swych walorów wewnętrznych. Koledzy mówią o nim tylko tyle, że w seminarium był: koleżeński, uczynny, pobożny, gorliwy, wzorowy, przykładny, najczęściej można go było spotkać w kaplicy i bibliotece.
I jeden tylko szczegół podają z jego pracy duszpasterskiej, kiedy był wikariuszem (jakimś mieście blisko Poznania, mogę się dowiedzieć), stanął raz przed oknem wystawowym w cukierkami i spostrzegł w oknie posąg nagiej kobiety, może Diany. Tak go to korciło, że wszedł do składu, posąg kupił i wobec zgromadzonych dzieci i ludzi rozbił go na ulicy.
Szkoda, że nic nie mam, więcej danych z jego życia.
X. Sobecki
Wspomnienia Księdza Radcy Mariana Balcerka z obozu koncentracyjnego:
Byłem z nim razem w Buchenwaldzie w komando pracujących w kamieniołomach. Pamiętam go jako człowieka pokornego, gotowego do świadczenia pomocy każdemu znajdującemu się w ciężkiej sytuacji w otoczeniu hitlerowców znęcających się nad współbraćmi kapłanami.
Wyróżniał się wśród braci kapłanów cichością, skromnością i gotowością pomocy z narażeniem życia.
Pozostał w mojej pamięci jako kapłan wedle Serca Jezusowego. Patrzyłem na niego z głębokim wewnętrznym szacunkiem.
Przez swoją postawę i zachowanie wnosił w otoczenie pokój i ukojenie, wzbudzał zaufanie. Jego obecność była krzepiąca dla maltretowanych współwięźniów.
Pomyślałem, że jego urobienie duchowe musiało pochodzić z wychowania rodzinnego. Jego taktowne zachowanie udzielało się otoczeniu, nawet gdy nie powiedział ani słowa.


