Nekrolog lubiński na dzień 12 czerwca wspomina odejście z tego świata o. Celestyna Szweinerta zmarłego w 1797 r. Pogrzeb jego odprawiający sam osobiście najprzewielebniejszy opat miejsca o. Stanisław Kieszkowski, takim uczcił przemówieniem:
„Miej dar łaskawy wobec każdego, co żyje, nawet umarłym nie odmawiaj oznak przywiązania. Jakiż to jest dar łaskawy, któremu w końcu wypada pojawić się w obliczu wszystkich nas żyjących? Mniemam, mężowie przewielebni i nader oświeceni, dalej, i najpobożniejsi ojcowie, nasi nader gorliwi bracia, współbracia, że nie inny jak tylko ten, który okazaliście niedawno i dziś odnośnie do pamięci zmarłego Celestyna, naszego przeora. Dar zapewne ten, jest darem najlepszym, którego łaskawości nie możemy zważyć. Jeśli bowiem, według zdania Augustynowego, modlitwa sprawiedliwego jest kluczem do nieba, i to tak dalece je przenikającym, że ze wznoszeniem się ku niebu prośby sprawiedliwych, koniecznością jest zejście Bożego zmiłowania, jakże więc nie miałbym sobie obiecywać dziś wreszcie dzieła ku uzyskaniu spokoju dla duszy tego sprawiedliwego, gdy spoglądam na tak wielki, zwarty hufiec sprawiedliwych mężów, na tylu świętych Bożych kapłanów, i tylu bardzo pobożnych zakonników? Zmuszony jestem wypowiedzieć, że zaiste od Pana to się stało, kiedy mianowicie przy przejściu naszego współbrata przeora, tylu podziwiamy przyczyńców do Boga za jego duszę, jak wielu żywi i przy życiu pozostający, liczymy tutaj żywych, zbratanych i połączonych z nami duchową miłością przyjaciół! Wdzięk więc daru tego pozostanie w obliczu wszystkich nas żyjących, którego mieć będziecie tylu naocznych świadków przed Bogiem, ilu nas tu widzicie w tej chwili zobowiązanych wobec was do wdzięczności. Już zaś sam zmarły wołał będzie milczącym za was głosem do Boga, żebyście i sami w końcu od Niego otrzymali podobne odwzajemnienie miłości, jaką tu i teraz okazaliście jemu zmarłemu. I to właśnie niech będzie wdzięcznym darem żyjących! Pozostaje natomiast, byśmy powiedzieli nieco i o oznakach przywiązania wobec zmarłego! Umarłemu nie odmawiaj oznak przywiązania!
Ale w jaki sposób wreszcie i jaką okaże, najdroższy bracie, tobie zmarłemu oznakę przywiązania, który z ogromu smutku nie mogę zaiste gładko przemawiać? Tkwi, najdrożsi, w tej chwili głos w krtani mojej, gdy uprzytamniam sobie, że odjęty mi został ten, który ongiś do części zapobiegliwości mojej powołany, teraz zostawia mnie samego w posługiwaniu, w posłudze zaiste lęk budzącej nawet dla anielskich mocy. Mówi się jednakowoż do mnie: zmarłym nie odmawiaj oznak przywiązania! A więc, o ile mnie brakuje słów, będę mówił cudzymi, będę mówił, powiadam, opat grzesznik, słowami nader świętego opata, bo Bernarda, którymi równym sposobem sprawował żałosny pogrzeb swego ongiś ciałem i duchem rodzonego brata, najdroższego Gerarda. Równy bowiem mi w obydwu względach, był ów opat, w obydwu względach jestem i ja z nim. Zmieszanie spraw i okoliczności! Przemawiał on przy grobie w związku ze swoim szafarzem Gerardem, mam uczynić i ja coś podobnego w związku z moim przeorem Celestynem. Wybaczcie tylko, że przy sposobności, ze strony mojej osoby, nie swoje jednak, lecz cudze (jak powiedziałem) w tym przemówieniu przytoczę wam słowa. O ile usłyszycie żalącego się Bernarda na zawistny mu los, osądźcie również mnie, postawionego w podobnym położeniu.
Słusznie (mówi on) polegałem cały na nim, który był mi całością. Pozostawił mi oczywiście sam jeden tylko zaszczyt i miano opata, gdyż działanie sam sprawował. Ja niewątpliwie zwałem się opatem, ale ów stał na czele troskliwości. Stąd słusznie odpoczywał w nim duch mój, dzięki któremu godziło się doznawać rozkoszy w Panu we wszystkim, swobodniej przemawiać, bezpieczniej się modlić. Przez ciebie, powiadam, bracie mój, duch trzeźwy i odpoczynek wdzięczny, mowa skuteczniejsza, modlitwa wydajniejsza, częstsze czytanie i bardziej ożywione uczucie. Byłem słaby na ciele, lecz on niósł mnie. Byłem małoduszny, a umacniał mnie; opieszałym i niedbałym, a zagrzewał mnie; nieprzezornym i zapominającym, a napominał nie. - Któż z próżną ręką odszedł od niego? Jeśli bogaty, wynosił radę, jeśli ubogi, zapomogę. Nie szukał swego. On wnikał w sedno spraw, bym ja odpoczął. Spodziewał się bowiem większego z mojego spoczynku owocu niż gdybym zajmował się czymś sam. Niekiedy jednak żądał zwolnienia i ustąpienia drugiemu jakby ktoś lepiej od niego się starał. Również w stosunku do zaniedbującego się w jakimś obowiązku (jak jest w zwyczaju) nie krępował wobec niego życzliwości, ale ze względu na samą miłość, o ile więcej od wszystkich trudził się, a mnie od wszystkich otrzymywał, tak że często sam potrzebował wielu rzeczy, podczas gdy innym dostarczał potrzebnych. Ale co opiewałem? Jego działającego na zewnątrz, jakby nie znał rzeczy wewnętrznych albo pozbawiony był darów duchowych? Wiedzą duchowni, którzy go znali, jak słowa jego pachniały duchem! Wiedzą współtowarzysze jak obyczaje jego i nauki nie w ciele smakowały, lecz duchem pałały! Któż nad niego dokładniejszy w strzeżeniu karności? Któż bardziej surowy w ujarzmieniu ciała?,bardziej wzniesiony lub wzniosły w oglądaniu rzeczy Bożych, dokładniejszy w rozprawianiu? Ilekroć, rozprawiając z nim, nauczyłem się tego, czego nie wiedziałem, a ja, który przyszedłem z zamiarem nauczenia się, odchodziłem więcej pouczony! Wprawdzie nie poznał wzniosłej literatury, lecz miał zmysł, twórcę pism; miał i oświeconego ducha. - A jednak, a jednak, co za boleść! Przy odłączaniu się jego od ciała, kiedy inni płakali, ja z suchymi oczyma towarzyszyłem rozłączającemu pogrzebowi. Z suchymi oczyma stanąłem przy mogile jak długo dokonywały się uroczystości obrzędów pogrzebowych, przyodziany w kapłańskie szaty, własnymi usty odprawiłem za niego zwyczajowe modły moimi rękoma wedle zwyczaju rzuciłem ziemię na ciało umiłowanego, mające się stać wkrótce ziemią. Ci, którzy na mnie patrzyli, płakali i byli zdziwieni, że sam nie płakałem, z chwilą gdy nie jego z pewnością, lecz mnie raczej powinni wszyscy opłakiwać, żem go utracił. Po co mi na koniec odjęty został? Po co wyrwany mi z rąk, człowiek jednomyślny i według serca? Ach! Zostałeś odjęty i to wszystko razem! Z tobą w równy sposób odeszły wszystkie moje rozkosze i pociechy! Już cisną się troski, już uderzają zewsząd udręki i uciski ze wszystkich stron nacierają! Z twoim odejściem one same mi pozostały i sam pod brzemieniem wzdycham, gdyś usunął twe ramiona. - Bolejcie, błagam, nad położeniem moim wy, którym to jest znane! Bolejcie współbracia i synowie! Zaiste, jeśli synowie, bolejcie nad ojcowskim losem! Obym cię był nie utracił, ale raczej uprzedził! Obym choćby wreszcie raz podążył za tobą dokądkolwiek pójdziesz! Niewątpliwie przeżyć ciebie oznacza trud i ból! Lecz przywołuje mnie do siebie przekłuwający ból. Chociaż bowiem był Gerard, Ty jednak, Panie, który dałeś Gerarda, Ty Gerarda odebrałeś. A chociaż bolejemy nad odebranym, nie zapominamy wszakże, że był dany, i dzięki czynimy, żeśmy zasłużyli na jego posiadanie. - Wyłożył to ów miodopłynny opat ongiś w związku ze swoim Gerardem. Chciałbym, żebyście i wy, którzy tu obok stoicie, odebrali w odniesieniu do mnie i mego zmarłego przeora Celestyna, którego wdzięk cnót winienem wykazać nie tyle w przemowach jak w przytoczonych przeze mnie jego dziełach. Wedle świętego Ambrożego dość rozległa jest to pochwała, którą się posiada, nie ta, której się szuka. Ale, że nikt nie jest wolny od brudu, nawet niemowlę, którego życie jest jednodniowe na ziemi, stąd jeśli pokrywają go cieniem jakieś skazy z ziemskiej zmazy, proszę i zaklinam na miłość Jezusa Chrystusa wszystkich was razem i każdego z osobna, byście łatwo nie pozwolili ulotnić się z pamięci waszej duszy Celestyna, któremu pomagajcie modlitwami, westchnieniami oraz innymi pobożnymi dziełami, żeby Trójjedyny, Najlepszy, Najwyższy Bóg dał mu pożądane niebo, a o jego wieczny pokój wstawiajcie się od Pokojowego Króla powtarzając: Dobry Jezu a nasz Panie, daj mu wieczne spoczywanie amen.
Zasłużył sobie niewątpliwie ojciec ten, żeby mu w taki sposób oddano po śmierci sprawiedliwość, który za życia w tym klasztorze wieloma dowodami okazywał się godnym polecenia. Był bowiem w pierwszym rzędzie tak dalece gorliwym w zakonnej karności, że uważał sobie za grzech nie tylko przekroczenie, nawet najdrobniejszych przepisów Świętej Reguły, lecz ponadto, starając się dodawać cośkolwiek do zwykłej miary służby Bożej, oddawał się licznym modlitwom. Owszem, będąc jeszcze młodym zakonnikiem, potajemnie i skrycie udawał się do świątyni. I aby nie rozgłosili go współbracia świętoszkiem, krył się częściowo na chórze muzycznym, częściowo między ołtarzem wielkim a jego mensą (którą dziś widzi się połączoną z tymże ołtarzem), i zamknąwszy jakoby za sobą drzwi, gorliwiej modlił się do Boga. W szczególny zaś sposób jaśniało w nim jakieś jakby od urodzenia wszczepione w niego zasmakowanie w przedmiocie wspaniałości i ozdoby domu Bożego, któremu niemal przez cały ciąg swego bytowania tak pomyślnie i szczęśliwie się poświęcał, że zaledwie uwierzyć by można, by coś takiego i podobnego udzielił Bóg któremukolwiek innemu z naszych. Cokolwiek bowiem cennego jaśnieje w świętym sprzęcie zakrystii, cokolwiek wspaniałego wewnątrz nosi na sobie świątynia, wszystko to uchodzi za skarb jego zaradności. Sprawił bowiem bardzo dużo ornatów, dalmatyk i kap różnego koloru (według wymogu czasów), haftowanych złotem, a samą zakrystię przyozdobił tablicami, urozmaiconymi rzeźbą, wraz ze skrzynkami i umocnieniami, a nawet zwierciadłami i posadzką z kamienia pokrytego marmurem. Co się wreszcie tyczy ozdoby kościoła, z jego troski i nakładu stanęły cztery ołtarze, dwa mianowicie w kaplicach Różańca Świętego i Świętego Ojca naszego Benedykta, pozostałe zaś dwa po bokach chóru : Świętych Aniołów i św. Tadeusza, najpierw wzniesione z palonej cegły, od podwalin, potem udoskonalone sztuką mozaikową. Również wieli ołtarz (w którym po usunięciu starego cyborium, przystosował nowe) wraz z stallami czyli formami chórowymi, kiedy długo nosiły na sobie wygląd jedynie samego drzewa, ozdobił złotem i wernikso-chemiczymi kolorami, a także umieścił przy wejściu do chóru koło krat dwa nowe, słusznej wielkości świeczniki ze cyny. Na zewnątrz natomiast odnowił w roku 1792 przylegającą do naszego kościoła wieżę co do powierzchni, a w niej zawiesił dwa dzwony, jeszcze w szczególności nie dopasowane do wielkiego zegara i tak dalece, że na nowo je odlewano. Wszystko to, owszem i inne bardzo liczne drobniejsze rzeczy, gdyby poddano poważnemu rozliczeniu, stanowiłyby zaiste niemałą kwotę. A jednak wszystko to jak przyszło z darowizn dla niego za Bożym zrządzeniem, tak i wydano je na zaszczytne cele, na wdzięk Bożego domu. Pozyskał sobie bowiem u ludu jakiś szczególny dla siebie szacunek, że przy sposobności wszystko zamierzał obracać na cześć Bożą. Stąd zdarzało się, że liczne osoby różnego stanu i stanowiska, owszem, nawet z ludu, świadczyli mu wiernie daniny na skutek właśnie tego jego podłoża. Jest też jeszcze jedno ponadto, co należy doliczyć do tych i takim sposobem przezeń zdziałanych rzeczy, mianowicie szczere mianowicie współczucie nie tylko w stosunku do potrzebujących biednych, ale także w odniesieniu do więcej ogólnie szanowanych, wstydzących się jednak z nieśmiałości żebrać. Tym pragnąc z serca przyjść z pomocą, otrzymawszy od zwierzchników pozwolenie, przynosił ulgę w ich potrzebach częściowo dostarczonym wyżywieniem i ubraniem, częściowo dostarczonymi pieniędzmi. Owszem, w tejże zbożnej hojności uczestniczyły zwykle niejedne także konwenty zakonów żebrzących. Poza tym otoczył mocnym murem cmentarz, przylegający do dziedzińca jego konwenckiego kościoła wraz z żelazną kratą pięknie zrobioną i dwoma aniołami opiekuńczymi nad jego bramą. Owszem, do wieży przytwierdził też werandę w ten sam sposób z żelaznych balasków, prawidłowo zrobionych, dla muzyków, mających zwyczaj wygrywać w bardziej uroczyste święta koncerty. Z kolei, chociaż napełnił klasztor swój tyloma i tak wielkimi daninami, nie brakowało mu jednak i wrogów, krzyżujących jego nieskazitelność życia i szczerość działalności, którzy posadzali go mimochodem o samolubstwo i o wyniosłość ducha. Ale w rzeczywistości, któż jest taki z liczby śmiertelników, któremu by w końcu nie zazdrościła podłość języków? Niech będzie bowiem, że wedle początku ludzkiego utworzenia, nie był bez swoich błędów, nie należy mu jednak z tego powodu przypisywać zmazy, skoro nawet i słońcu towarzyszą zwykłe cienie. Rażony w końcu chorobą apopleksji, zmarł tego dnia, przeżywszy w świętym zakonie 47 lat, którego pamięć niech będzie w błogosławieństwie.




