Publikacje popularne

J. Stańczewski, Przyszli święci polscy. Bernard z Wąbrzeźna, Przewodnik Katolicki, R. 35 (1929), nr 38, s. 557.

 

Przyszli święci polscy. Bernard z Wąbrzeźna.

 

         Niemała jest liczba Polaków i  Polek, których Kościół zaliczył w poczet świętych, wynosząc ich na ołtarze. Liczba ta jednak niknie w porównaniu z zastępem świątobliwych rodaków, którzy jeszcze czekają na to wyniesienie. Wszak Matka Świętych, Polska, wiele wydała dzieci, zasługujących na to miano. Od czasu do czasu słyszy się, że przypomniano w Rzymie sprawę beatyfikacji czy kanonizacji tego czy tamtego rodaka. Rzadkie to jednak wypadki, o większości albowiem głucho.

Tu i ówdzie tylko garść czcicieli osobliwych stara się odgrzebać z pyłu wiekowego zapomnienia świetlane postaci ziomków, zmarłych w świątobliwości.

         Należy do nich postać O. Bernarda z Wąbrzeźna, zakonnika benedyktyńskiego, który zmarł roku 1603 w Lubiniu, a pochowany został z czcią wielką w tamtejszym kościele klasztornym. Ponieważ świętość O. Bernarda była jawna, rychło starano się o beatyfikację. Już dnia 8 lipca 1629 r., czyli trzysta lat temu, odbyły się w klasztorze lubińskim z polecenia władzy biskupiej w Poznaniu wstępne badania nad życiem świątobliwego zakonnika. Podobne badania przeprowadzono w 1645 r. w Wąbrzeźnie na Pomorzu, skąd pochodził O. Bernard.

         Klasztor OO. Benedyktynów w Lubinie skrzętnie zbierał wszelkie dowody świętości swego zakonnika, aby przy danej okazji wysłać z aktami prokuratora odpowiedniego do Rzymu. Niestety, przeszkodziły temu wojny szwedzkie, upadek Polski i zniesienie klasztoru przez Prusaków w roku 1834.

         Powoli zapominano o cudami słynącym grobie lubińskiego zakonnika, do którego ongiś licznie pielgrzymowali rodacy, z dalekich stron królestwa nawet. Dopiero powrót OO. Benedyktynów do ruin starożytnego opactwa w roku 1923 wzbudził ponowne zainteresowanie się sprawą beatyfikacji O. Bernarda.

         Pochodził on z Wąbrzeźna, miasta niegdyś biskupiego, dzisiaj powiatowego na Pomorzu. Urodził się w roku 1575. Na chrzcie świętym otrzymał imię Błażeja. Ojciec jego, Paweł Pęcherek, pełnił urząd kościelnego przy farze wąbrzeskiej, a zarazem dla swej zacności przewodniczył miastu jako burmistrz.

         Snać dobrze wychowywali rodzice małego Błażeja, iż już na ławie szkolnej odznaczał się niezwykłemi cnotami. Do szkół uczęszczał w Poznaniu, gdzie rychło stał się ulubieńcem zasłużonego jezuity, O. Tobolskiego, który przez półtora roku w Wiedniu był nauczycielem św. Staniaława Kostki. Wysoce cnotliwe życie Błażeja zwracała też na niego powszechną uwagę, a miłosierdzie jego dla żebraków, wynagradzane przez Boga cudownemi uzdrowieniami kalek, czyniło go sławnym.

         Postanowił więc uciec od świata i wieść żywot ukryty, oddany jedynie pracy i modlitwie. Z radością przyjął go opat lubiński, którego poprosił o przyjęcie do klasztoru. Stało się to dnia 5 stycznia 1599 r. nie zawiódł Błażej, a po przywdzianiu sukni zakonnej O. Bernard, pokładanych w nim nadziei. Mimo prób ciężkich i doświadczeń, których Bóg nie szczędził słudze swemu, wytrwał w cnotach. Świecił też przykładem klasztorowi całemu. Niestety, umartwienia częste, praca ponad siły i noce spędzane na modlitwach, wycieńczyły jego ciało tak, iż rychło zapadł na zdrowiu.

         Liczył zaledwie 28 lat, gdy go Bóg powołał do siebie, umarł dnia 1 lub 2 czerwca 1603 r. Zaraz po śmierci poczęły się dziać cuda u grobu O. Bernarda. Wierni zasypywali grób kwiatami i samorzutnie zapalali przy nim świece, polecając się wstawiennictwu nowego orędownika niebieskiego.

         Istnieją dokumenty wystawione przez miasto Grodzisk i Śrem w roku 1708 względnie 1739, a potwierdzające częstą i cudowną opiekę, doznaną przez te miasta jak i poszczególnych obywateli ze strony O. Bernarda z Wąbrzeźna. Zwłaszcza Grodzisk zawdzięcza mu sławne swoje piwo.

         Obecnie klasztor lubiński na nowo zbiera wszelkie dowody świętości O. Bernarda, wstawiennictwa jego u Boga, oraz czci u ludu. Obyśmy doczekali się wnet rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego, a przybędzie nam wtenczas jeszcze jeden, uznany przez Kościół, święty polski, który wraz ze św. Kazimierzem i św. Stanisławem Kostką dopełniliby trójcy świętych młodzieńców polskich.

Ks. Władysław Padacz, Z polskiej gleby, Kraków, Wydawnictwo Apostolstwa Modlitwy, 1973, s. 277-280.  

[277]

 

SŁUGA BOŻY BŁAŻEJ BERNARD PĘCHEREK

BENEDYKTYN 1575-1602

 

Błażej urodził się dnia 3 lutego 1575 roku w Wąbrzeźnie na Pomorzu, jako syn mieszczan Pawła Pęcherka i Doroty z d. Sasin. Ojciec jego był kościelnym, a przez pewien czas pełnił urząd burmistrza. Rodzice początkowo posyłali Błażeja na naukę do miejscowej parafialnej szkoły, a gdy miał 12 lat, oddali go na dalsze nauki do kolegium OO. Jezuitów w Poznaniu. Chłopiec od wczesnych lat znany był ze swej pilności w nauce, cichego usposobienia i wielkiej pobożności. Wychowawcy stawiali go młodzieży za wzór nie tylko jako zdolnego ucznia, ale przede wszystkim jako przykład młodzieńczych cnót. W kolegium jezuickim kształcił się Błażej przez 12 lat i pobyt ten dał mu pełną formację duchową i naukową. Czas wolny od zajęć poświęcał ćwiczeniom duchownym, unikał zawsze zbyt światowych i lekkomyślnych kolegów. Jako ubogi student, mieszkał poza murami ówczesnego Poznania i po posiłki chodził do furty OO. Bernardynów. Użebranym chlebem dzielił się ze spotykanymi biedakami.

Podczas swego pobytu w Poznaniu, Błażej miał sposobność zetknąć się z benedyktynami z Lubinia, którzy podobnie jak [278]on studiowali w kolegium jezuickim. Prawdopodobnie na skutek tych kontaktów powziął zamiar wstąpienia do klasztoru w Lubiniu. Dnia 5 stycznia 1599 roku przywdział habit zakonny w Lubiniu i otrzymał imię Bernarda. Odznaczał się ufnym i żywym nabożeństwem do Matki Bożej i oddał się Jej w opiekę na całe życie. Rok nowicjatu wykorzystał Bernard na ćwiczenie się w surowej ascezie zakonnej, chcąc jak najlepiej przygotować się do kapłaństwa. Z pokorą spełniał więc zlecane mu czynności i zajęcia: furtiana, pomocnika kucharza, posługacza. W duchu umartwienia nosił na ciele ostry żelazny pas i włosienicę. Zachowywał surowe posty. Długie godziny trwał na rozmyślaniu.

Dnia 24 II 1600 złożył uroczystą profesję zakonną, a 21 IX 1602 otrzymał w katedrze poznańskiej święcenia kapłańskie. Po przyjęciu święceń kapłańskich Bernard jeszcze gorliwiej starał się o zdobycie pełni cnót chrześcijańskich. Wyróżniał się szczególnie pokorą, skromnością i cierpliwością, przez co niejednokrotnie narażał się na przykre docinki. Nazywano go „świętoszkiem” i „obłudnikiem”. Bernard jednak nigdy nie skarżył się na przeciwników, których raził surowy tryb życia i milczenie. Przeciwnie, jeszcze bardziej pogrążał się w rozważaniu Męki Pańskiej. Nieraz podczas nocy spędzonych przed Naśw. Sakramentem słychać było jego westchnienia i głośne rozmowy z ukochanym Chrystusem.

Przez ostatnie dwa lata życia zlecono Bernardowi urząd mistrza nowicjatu. Było to niezwykłe wyróżnienie ze względu na młody wiek. Opat jednak nie mylił się: widząc ogromną gorliwość młodego zakonnika, jemu właśnie powierzył wychowywanie młodzieży zakonnej. Bernard był mistrzem łagodnym i wyrozumiałym, ale gdy chodziło o wykroczenia przeciwko regule zakonnej, stosował nawet kary cielesne, nakładając najczęściej pokutę biczowania. Następnym obo[279]wiązkiem, który mu powierzono, była troska o karność w zakonie. I ten obowiązek Bernard wypełniał skrupulatnie, wymagając większego posłuszeństwa i milczenia, a gdy widział, że niektórzy zakonnicy zaniedbują się pod tym względem, klękał i błagał Boga o przebaczenie, czym zjednywał najoporniejszych.

Niezwykle surowy tryb życia stał się przyczyną ciężkiej choroby. Młody organizm Bernarda zaczęła toczyć gruźlica. Współbracia namawiali go do leczenia się u lekarza, ale odmówił, wiedząc, że jest już za późno.

Zmarł dnia 2 czerwca 1603 roku. Miał lat 29. Po śmierci ciało świątobliwego zakonnika zostało pochowane w nawie głównej kościoła OO. Benedyktynów w Lubiniu. Cześć zmarłego rozpoczęła się z chwilą zgonu. Zakonnicy podzielili między siebie pozostałe po nim przedmioty, których używał, a wierni przychodzili stale modlić się i stroić grób kwiatami. Opinia o świętości szerzyła się niezwykle szybko zarówno w samym klasztorze jak i wśród miejscowej ludności. Listy pisane przez o. Bernarda przechowywano jako relikwie. Zaczęto pisać życiorysy świątobliwego benedyktyna i układać modlitwy o wstawiennictwo do Boga. Do grobu jego przybywały coraz liczniejsze pielgrzymki, a uschłe kwiaty zbierano i wysyłano poza granice Polski jako relikwie, z zaleceniem, by stosować je w chorobie uciekając się do wstawiennictwa Bernarda.

Oznaki wieloletniego kultu były tak duże, że w 1629 roku ówczesny biskup poznański, Maciej Łubieński, pole­cił zbadanie nadzwyczajnych łask i uzdrowień, dokonanych za przyczyną o. Bernarda. Przesłuchano także licznych żyjących jeszcze świadków. Prace przerwała wojna szwedzka 1655 r., zaraza oraz ucieczka zakonników spowodowana tymi wydarzeniami. W 1794 roku dokonano ekshumacji. Ciało o. Bernarda znaleziono nienaruszone zepsuciem. Zbiorowe pielgrzymki do jego grobu trwały nadal i utrzy[280]mały się aż do 1815 roku, kiedy to położył im kres zakaz rządu pruskiego. Mimo to miejscowa ludność nadal zbierała się na modlitwę przy grobie o. Bernarda, uważając go za świętego. Drugim ośrodkiem kultu o. Bernarda jest jego rodzinne miasto Wąbrzeźno.

Cześć świętego zakonnika trwała również po II wojnie światowej, co spowodowało, że w 1968 roku została powołana komisja historyczna, która zbiera wszelkie dokumenty, odnoszące się do życia, działalności i śmierci sługi Bożego. Po zakończeniu prac przez tę komisję, proces beatyfikacyjny będzie się toczył przewidzianą drogą historyczną, a całość akt zostanie przesłana do Rzymu.

Doczesne szczątki O. Bernarda w 1953 r. przełożono do nowej trumny, którą wmurowano w posadzkę Kościoła, obok grobowca.

Józef Stanczewski, Zarys historii miasta Wąbrzeźna, Wąbrzeźno 1924, s. 9-10.

 [9]

         Z Wąbrzeźna pochodził także błogosławiony Bernarda, ów słynny zakonnik benedyktyński w Lubiniu w Poznańskiem.

         Błogosławiony Bernard urodził się prawdopodobnie dnia 3 lutego 1575 we Wąbrzeźnie jako syn burmistrza i kościelnego Pawła Pęcherka i Doroty Sasinówny, pochodzącej z jednego z najstarszych rodów wąbrzeskich.

         Pobożni rodzice dali dziecku na chrzcie świętym imię Błażej.

         Ponieważ Błażej, pochodząc sam z bardzo uczciwej i pobożnej familii, okazywał już od dziecka, do czego był przeznaczonym, oddali go rodzice w dwunastym roku życia do szkół OO. Jezuitów w Poznaniu. Było to 1585.

         W Poznaniu przez swoją pilność i skromność zaskarbił sobie wnet uznanie przełożonych, którzy go szczerze pokochali i w ćwiczeniu cnót chrześcijańskich wspierali. Przyjaciele i współucznie Błażeja cenili go bardzo, a powszechnie uważano go za świątobliwego. Cały swój wolny czas spędzał na modlitwie i rozmyślaniach.

         Złych przyjaciół unikał jak mógł, a często zamykał się w swojej komórce, gdzie się poddawał surowej dyscyplinie. Opowiadają, że w czasie tej pokuty komórka ta jaśniała jakimś nadziemskim blaskiem.

         W szkole już potwierdził Bóg, jak miłym mu był świątobliwy młodzieniec. Często zdarzało się, że jałmużnicy [10] po skosztowaniu chleba, którego Błażej sobie od ust ujmował i pomiędzy nich rozdzielał, odzyskiwali zdrowie, skutkiem czego był nieraz oblegany przez nich.

         Pewnego razu, gdy w Wielki Piątek dążył rano na mszę świętą, gdyż zakłady OO. Jezuitów mieściły się poza Poznaniem na „Myszej Górze”, zastał bramę miejską zamkniętą, wtedy zasmucony, że nie będzie mógł uczęszczać na mszę św. Pomodlił się gorąco i zrobił znak krzyża św. nad bramą, która się naraz sama otworzyła i znów szczelnie zamknęła.

         Takimi i podobnymi cudami wsławił Bóg przyszłego zakonnika.

         Po ukończeniu szkół i spędzeniu niewinnej, a Bogu oddanej młodości uczynił zadość Boskiemu powołaniu wstępując do klasztoru OO. Benedyktynów w Lubiniu dnia 5 stycznia 1599 r., gdzie po wdzianiu sukni zakonnej i złożeniu ślubów zakonnych dnia 24 lutego 1600 r. obrał sobie imię Bernard.

         W klasztorze Bernard szybko zasłynął niebiańskimi cnotami tak, iż go wszyscy uważali za wybrańca Boskiego. Pokora jego była wprost zdumiewająca. To też przełożeni Bernarda uważali go godnego powierzenia mu nowicjatu. Urząd swój jako mistrz nowicjuszów sprawował nader gorliwie i z wielkim poświęceniem.

         Chociaż nieprzyjaciele usiłowali często pokonać jego silną wolę, uprzykrzając mu się w czym tylko mogli, on ich poskromił swoją anielską łagodnością za szyderstwa dawał słowo słodkie, pełne miłości bliźniego.

         Nic nie zdołało go odwieźć od raz obranej drogi zbawiennej, to też stał się godnym naśladowcą Chrystusa.

         Po krótkim lecz nadzwyczaj świątobliwym życiu oddał Bogu niewinną swą duszę dnia 2 czerwca 1603 r. Pochowany jest w kościele poklasztornym w Lubiniu, gdzie mu postawiono śliczny pomnik. Grób błogosławionego Bernarda zasłynął wkrótce jako cudowny. Licznymi i wielkimi cudami, bowiem począł Bóg wsławiać grób wiernego.

         Cuda te są za liczne, aby je tu przytoczyć. Jeszcze do dziś dnia odbywają się pielgrzymi do grobu błogosławionego Bernarda.

         Miasto Grodzisk, które za wstawieniem się błogosławionego Bernarda zostało kilkakrotnie zachowane od morowego powietrza, jak np. w r. 1620 i 1709, postawił swemu niebiańskiemu obrońcy wielki pomnik.

         Miasto Wąbrzeźno uczciła swego świątobliwego ziomka, nazywając jedną ulicę – ulicą Bernarda.

Józef Stańczewski, Bernard z Wąbrzeźna jako wzór studiującej młodzieży, Pro Christo. Wiara i czyn. Organ młodych katolików. miesięcznik, Rok 3, 1927, nr 2, s. 95-98.

[95]

 

Obchodziliśmy w tych dniach jubileuszową rocznicę patrona młodzieży, św. Stanisława Kostki. Przy tej okazji przypomniano studentom polskim, jak wspaniały wzór posiadają w tym świętym młodzieńcu, który nie marnował czasu, zdrowia i majątku na hulankach, ale zapalony miłością Bożą z głęboką pokorą oddawał się studiom swoim, a wolny czas obracał na modlitwę i ćwiczenia pobożne. Ponieważ św. Stanisław Kostka studiował w Wiedniu, a więc w obcym kraju, daleko od domu rodzicielskiego i jego opieki, przeto studenci polscy, szukający poza granicami swej Ojczyzny prawdy i nauki, powinni uważać go za szczególnego swego patrona.

Wobec tego słusznie nasuwa się pytanie, czy nie mamy wśród tylu świętych i błogosławionych polskich młodzieńca, który by mógł posłużyć jako wzór dla młodzieży, kształcącej się w krajowych szkołach i akademiach. Otóż i tu objawia się płodność naszej „Matki Świętych – Polski”, która posiada taki wzór w zapomnianym dzisiaj – niestety – wielebnym Bernardzie z Wąbrzeźna. Istnieje nawet pewna łączność między nim a św. Stanisławem Kostką: obaj posiadali mianowicie czasowo tego samego nauczyciela i spowiednika. Gdyż O. Wojciech Tobolski, jezuita, u którego kształcił się wielebny Bernard, wykładał, zanim przeniesiono go do Poznania, w Wiedniu i tam przez półtora roku był nauczycielem św. Stanisława Kostki[1].

O. Bernard z Wąbrzeźna przedstawia ze wszech stron wykończony wzór studenta polskiego. Przez trzynaście bowiem lat uczęszczał do szkół z Poznaniu, aż poznawszy regułę św. Be[96]nedykta wstępuje jako 24-letni młodzieniec do klasztoru benedyktyńskiego w Lubiniu, gdzie już po kilka latach umiera in sanctitatis opinione[2]. Życie jego – to jakby kartka, wyjęta z „Żywotów Świętych”, tak pełne jest wzniosłych chwil i cudownych wydarzeń, mimo to trzech wieków czeka na kanonizację. Niestety, akta zbierane i spisywane w tym celu przez opatów i zakonników lubińskich, zaginęły częściowo w burzach dziejowych ubiegłych stuleci, a fundusz w sumie kilku tysięcy talarów zagrabili Prusacy przy kasacie klasztoru lubińskiego w r. 1836.

Dzisiaj po zmartwychwstaniu Ojczyzny oraz odnowieniu klasztoru w Lubiniu, do którego już wrócili Ojcowie Benedyktyni, czas przypomnieć społeczeństwu polskiemu, a zwłaszcza młodzieży szkolnej, jak piękny posiada wzór w tym świętobliwym zakonniku, który „mimo młodego wieku jaśniał cnotami jak gwiazda”[3].

Wielebny Bernard pochodził z Wąbrzeźna na pOmrzu, gdzie urodził się w r. 1557 jako jeden z młodszych dzieci burmistrza i kościelnego zarazem, Pawła Pęcherka. Na chrzcie świętym dano mu imię Błażej. Już we wczesnej młodości zdradzał nadzwyczajny zapał do nauki obok głębokiej pobożności. Ponieważ uczył się bardzo pilnie, a zachowaniem swoim budował wszystkich, przeto rodzice, widząc jego zamiłowanie do książek, postanowili posłać go na studia do Poznania, spodziewając się jak najlepszych wyników. I nie zawiedli się.

Wspólnie więc z innymi towarzyszami udaje się Błażej w r. 1586 do Poznania i tutaj zapisuje się do szkół OO. Jezuitów, słynących podówczas ze swych profesorów. Wszak pierwszym rektorem kolegium poznańskiego, założonego w r. 1573, był wyśmienity tłumacz Pisma Świętego na język polski, O. Jakub Wujek. W Poznaniu Błażej Pęcherek cnotami sowimi od razu zwrócił na siebie uwagę nauczycieli i zaskarbił sobie wnet ich przyjaźń i zaufanie. Szczególnie wymieniony już wyżej O. Wojciech Tobolski szczerze się nim zaopiekował i wspierał go na [97] każdym kroku, zwłaszcza gdy się przekonał, że uczeń jego anielski wprost wiedzie żywot i w wysokim stopniu posiada łaskę Niebos. Stwierdził bowiem, że celka Błażeja w czasie umartwień jaśniała nadziemskim blaskiem. Nie dziw więc, że XX. Jezuici stawiali go na wzór uczącej się u nich młodzieży i polecali go jako przykładnego i świętobliwego studenta.

Nie podobało się to niektórym współuczniom Błażeja, zwłaszcza tym, którzy zamiast uczyć się i pracować nad swym charakterem, woleli czas obracać na marną swawolę, jeśli nie na grzeszne nałogi i hulanki. Więc mścili się na nim. Szydzili zeń i lżyli, a nawet napadli na niego i bili go. Lecz on pokornie i po bohatersku znosił te zniewagi. Chętnie przebaczał nawet przepraszał jeszcze takich kolegów, polecając ich Bogu. Nadal zaś obcował tylko z dobrymi przyjaciółmi, unikając nawet pozoru grzechu, wobec czego unikał wszelkich hałaśliwych zabaw i wycieczek.

Nawet posiadał nadzwyczaj litościwe serce i często ujmował sobie od ust chleb, aby dzielić się nim z żebrakami i kalekami. Zdarzało się, że chorzy po skosztowaniu tego chleba nagle przychodzili do zdrowia, więc inni, usłyszawszy o tym, oblegali go i prosili o tak cudowne lekarstwo. Obawiając się rozgłosu, trzymał się z dala od miejsc ludniejszych i przebywał więcej na samotności.

Pewnego razu, idąc z przyjaciółmi, spotkał dziewczątko, które potknąwszy się, rozbiło dzbanek z mlekiem. Wzruszył go płacz sieroty i podobnie jak św. Jan Kanty, pozbierał skorupy, zestawił je i pomodliwszy się gorąco do Boga Wszechmogącego, cudownie zlepił. Następnie nalał do dzbanka wody, pobłogosławił znakiem krzyża świętego i zamienił ją w mleko, zwróciwszy wszystko uradowanemu dziewczęciu. Malowany obraz, przedstawiający to zdarzenie, zawieszono później na pamiątkę u grobu jego.

Wielkimi za prawdę cudami wynagradzał Bóg czystość i miłość Błażeja. Gdy raz w Wielki Piątek przed wschodem słońca zdążał na kazanie pasyjne do kościoła św. Marii Magdaleny – mieszkał bowiem w pewnej oberży na przedmieściu „Musza Góra” zwanym – zastał bramę miejską szczelnie zamkniętą. Zesmutniał więc i zalał się łzami z żalu, że nie będzie mógł uczestniczyć w ulubionym nabożeństwie. Wszakże łaską Pańską natchniony [98] przeżegnał podwoje, które natychmiast cudownym sposobem się otwarły i znowu zamknęły[4].

         Przez cały czas studiów Błażej tylko jedno miał na oku, aby we wszystkim był uwielbiony Bóg. To też mimo pokus i zdrożności, w jakie obfituje życie w większym zwłaszcza mieście, zachował anielską czystość serca i umysłu i odznaczał się niezwykłą pokorą, pilnością i pobożnością. To też w 42 lat jeszcze po jego śmierci zeznał o nim przysięgą w magistracie wąbrzeskim jeden z jego towarzyszów, Krzysztof Marchlowic, że w „Poznaniu do szkoły chodząc, tak jako i w domu dobrze we wszystkim się zachowywał”.

         Poznawszy w Poznaniu na wykładach młodych zakonników benedyktyńskich z Lubinia, zapragnął przyłączyć się do nich i w r. 1599 wstępuje do klasztoru lubińskiego, który wówczas stał i szczytu swego rozwoju. Tutaj po pięciu latach nader umartwionego życia, wsławionego licznymi cudami, dokonał po ciężkiej chorobie dnia 2 czerwca 1603 r. swego świątobliwego żywota, jako kapłan i mistrz nowicjuszów. Opłakiwał go szczerze opat i klasztor cały, którego największą był ozdobą. Na jego grobie zaś, który szybko zasłynął cudami, postawił wdzięczny za uzdrowienie sufragan poznański ks. Jan Trach-Gniński, drewniany pomnik. A gdy ten z czasem spróchniał, ufundował w r. 1794 opat Mikołaj Stanisław Kieszkowski nowy nagrobek, wykonany we Wrocławiu. W tym też roku osobna komisja biskupia otwarła grób jego, znajdując ciało dobrze zachowane i nieskażone, natomiast dywany, którymi było okryte, zbutwiały. Pochowano je ponownie w kościele klasztornym, w głównej nawie, na lewo od wejścia.

         Oto kilka zaledwie szczegółów z życia tego świętego, który – jak pisze ks. Marcin Chwaliszewski – godzien jest zająć miejsce w Kościele polskim obok św. Kazimierza i św. Stanisława Kostki. Obyśmy wnet doczekali się rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego wielebnego O. Bernarda z Wąbrzeźna, aby wypełniła się ta trójca świętych młodzieńców polskich na Chwałę Boga, Kościoła i Ojczyzny, a na wzór naszej drogiej młodzieży.

 


[1] Ks. M. Chwaliszewski, Żywot i cuda O. Bernarda z Wąbrzeźna, Poznań 1881, s. 12.

[2] P. St. Szyczygielski, OSB, Aquila Polono-Benedictina, Cracoviae 1663, s. 154.

[3] Ks. A. Jezierski, Klasztor benedyktyński w Lubiniu, Poznań 1915, s. 32.

[4] X. F. Jaroszewicz, Matka Świętych Polska, Poznań 1893, II, s. 175

Józef Marian Chudek, Czcigodny sługa Boży Bernard z Wąbrzeźna, Kościan 1928, s. 16 (Bezpłatny dodatek do „Gazety Polskiej”).

 

Stosując się do dekretów papieża Urbana VIII oświadczam, że wszystko to, co napisałem o O. Bernardzie z Wąbrzeźna, może mieć pewność tylko historyczna i że we wszystkim poddaję się orzeczeniom Stolicy Apostolskiej.

 

  W stosunku do społeczeństw katolickich Europy zachodniej katolicyzm polski wydał niezbyt liczny poczet świętych i błogosławionych, takich właśnie wybrańców Bożych naród nasz w porównaniu z narodami zachodnioeuropejskimi posiada względnie niewielu, bo Włochy np. bądź też Francja mają ich po wielekroć więcej, gdybyśmy jednak przeszli ziemię naszą wzdłuż oraz wszerz, to na zacisznych cmentarzach wiejskich i w podziemnych kryptach prastarych świątyń znaleźlibyśmy ciała przelicznych sług Bożych, o beatyfikacji których myślano już przed setkami lat lub procesy beatyfikacyjne których były już niejednokrotnie w pełnym biegu, jeślibyśmy zaś ponadto zajrzeli do pokrytych pyłem wieków ksiąg, dowiedzielibyśmy się, iż życie ich było niezwykle świętobliwe, dowiedzielibyśmy się, iż wsławili się oni niezwykłymi cudami, wskutek czego zasłużyli na wyniesienie na ołtarze Kościoła. Groby ziomków naszych, zmarłych w opinii świętości, spotkać można we wszystkich dzielnicach Polski, nie licząc zagranicy, ponieważ znajdują się one zarówno hen na wschodnich rubieżach oraz w Małopolsce, jak i w b. zaborze rosyjskim, tudzież w Wielkopolsce. Na Kresach kędyś, tuż nad granicą bolszewicką leżą prochy O. Fabiana Maliszewskiego, dominikanina, w zaciszu cmentarnym w Kalwarii Pacławskiej, pod Przemyślem, spoczywają doczesne szczątki O. Wenantego Katarzyńca, franciszkanina. Kraków chowa w swych murach szacowne kości O. Stanisława Kazimierczyka, kanonika regularnego, jako też ks. Świętosława ze Sławkowa, chlubę Parzna stanowi grobowiec Wandy Malczewskiej, Góra Kalwaria znowu jest miejscem wiecznego spoczynku o. Stanisława od Jezusa i Marii Papczyńskiego, marianina białego, w Łagiewnikach pod Łodzią mieści się grób b. Rafała Chylińskiego, franciszkanina, w Warce pochowany został O. Rafał z Proszowic, bernardyn, natomiast mury kościoła OO. Benedyktynów w Lubiniu, w powiecie kościańskim, w Wielkopolsce, od trzystu dwudziestu pięciu blisko lat kryją w sobie ciało czcigodnego członka tego zakonu, O. Bernarda z Wąbrzeźna, będącego kandydatem do beatyfikacji, życie jakiego podobne jest do żywotów świętych, czczonych przez stolików całego świata od dawna.

  Świętobliwy ten rodak nasz urodził się w 1575 r. w Wąbrzeźnie, na Pomorzu, jako syn Pawła Pęcherka. Ojciec jego z zawodu był kościelnym, ze względu wszakże na to, że był człowiekiem rozsądnym, rozumnym oraz odznaczał się niepowszednimi zaletami charakteru, obywatele wąbrzescy wybrali go jeszcze na burmistrza tego miasta. Mały Błażej, takie bowiem imię otrzymał O. Bernard na chrzcie św., był najmłodszym dzieckiem państwa Pęcherków, a co się tyczy wychowania jego, to pobożni rodzice wychowali go nader świętobliwe, wychowali go bardzo religijnie, kładąc przez to trwałe fundamenty, na których mogły rozwinąć się wspaniale przemnogie cnoty. Dobre ziarno, rzucone w dziecięcą duszyczkę, rychło wydało owoc wspaniały, gdyż Błażej stał się budującym przykładem dla rodziny i dla obcych. Postępowanie jego było zawsze szlachetne. Jak ognia lękał się on najmniejszego bodajby grzechu, unikał złych towarzyszy, po modlitwie za się, na jakiej niemało w ciągu dnia spędzał chwil, największą przyjemność sprawiała mu nauka. Do nie to od najwcześniejszych lat swego życia okazywał zapał niezwykły, miłował książkę niezwykle, skoro zatem ukończył w rodzinnym mieście szkółkę początkowa rodzice wysłali go do szkół OO. Jezuitów w Poznaniu.

A uczynili to bez najmniejszej obawy, że pobyt syna ich w obcym mieście wyjdzie mu na złe, bo dali mi najlepszą broń do obrony przed zejściem na złą drogę, mianowicie bojaźń Bożą.

Do poznańskiego kolegium jezuickiego, słynącego w tym oto czasie daleko ze swoich nauczycieli, zapisał się jedenastoletni zaledwie Błażej Pęcherek w 1586 r. Oddalony od religijnej atmosfery domu rodzinnego otoczony swawolnymi oraz lekkomyślnymi kolegami postępował tak, jak i w domu, nie wchłaniał w siebie złych stron otoczenia, lecz stanowił dla współtowarzyszy wzór, śmiecił im zawsze dobrym przykładem. Kierownicy szkoły, OO. Jezuici, otaczali go troskliwą opieką, miłowali go szczerze za pracowitość, za pobożność za posłuszeństwo, najserdeczniejszym natomiast opiekunem jego był O. Wojciech Tobolski, który przedłuższy okres czasu był nauczycielem w kolegium jezuickim w Wiedniu, gdzie przez półtora roku uczył między innymi także św. Stanisława Kostkę, będąc równocześnie jego spowiednikiem. Pod przewodnictwem tego świętobliwego kapłana młodziutki Błażej doskonalił się coraz więcej, stosował natychmiast otrzymane na spowiedzi od O. Wojciecha rady, przez co zbliżał się do Chrystusa, przez co uświęcał swą duszę.

  Przebywając na studiach w Poznaniu, oddawał się jedynie modlitwie oraz pracy. Przez obcowanie z Bogiem na cichej rozmowie, przez wznoszenie do Pana Zastępów kornych modłów wypraszał sobie Jego łaskę wypraszał sobie siłę, potrzebną do pokonywania czyhających nań pokus. W ciągu dnia modlił się nader często, a czynił to nie tylko w kościele, ale również przy pracy, przy nauce, jakiej poświęcał się z niesłabnącym zamiłowaniem. Lenistwo było mu zupełnie nieznane, nie lenił się nigdy, albowiem rozumiał doskonale, iż bezczynność jest źródłem wszystkich grzechów.

Cnotą, którą pobożny syn państwa Pęcherków rozwinął w sobie w młodym bardzo wieku, była tak rzadka wśród ludzi cnota – czystość, czystość ciała, czystość duszy. Towarzysze szkolni jego, dzieci szlachty, miłującej, jak wiadomo zabawy, nieprzebierającej w słowach, lubującej się w rubasznych konceptach, szły w ślady swoich ojców, miast uczyć się woleli młodzi szlachcice trawić czas na hulankach, woleli bawić się, niebaczni na to, że, grzesząc, zasmucą ogromnie dobrego Pana nad pany. Tymczasem Błażej postępował całkiem inaczej, postępowanie jego było wręcz odwrotne. .Prawda w oczy kole – powiada nasze stare przysłowie, tak samo za się do wściekłości doprowadza rozpustników życie osób czystych, bo widok ich wywołuje w ich duszach wyrzuty sumienia. Nie podobał się kolegom pracowity ten młodzieniaszek, raziła ich jego anielska po prostu czystość. Początkowo więc pragnęli go wciągnąć do swego grona, skoro atoli spotkali się z kategorycznym oporem, jęli Błażeja prześladować na każdym kroku. Mściwość młodzi szlacheckiej była niezwykła, gdzie jego mogli, szydzili z niego, lżyli go, niejednokrotnie nawet bili, myśląc, że przez to skłonią go do zejścia na złą drogę, zawiedli się jednak ogromnie, ponieważ on zniewagi te tudzież szykany znosił mężnie i bez szemrania, lecz na tym jeszcze nie koniec, gdyż przebaczał to wszystko kolegom, polecał ich gorąco Stwórcy w czasie modlitw oraz prosił Go żarliwie, iżby opamiętali się i przestali tak ciężko grzeszyć.

Rozpatrując te prześladowania anielskiego młodzianka z ludzkiego punktu widzenia nie można dopatrzyć się w nich czegoś szczególniejszego, postać rzeczy aliści zmienia się od razu, gdy stanie się na podłożu religijnym, wówczas bowiem nietrudno jest domyślić się, że był to dopust Boży. To Sam Bóg chciał wypróbować Błażeja, to On Sam zesłał na niego próby, ażeby umocnić w nim tę niebiańską cnotę. W ogniu przykrości przekonał się świętobliwy młodzian, iż czystość ciała, jak i duszy, najłatwiej zachować jest przez stosowanie umartwień, oraz zrozumiał, że dogadzanie ciału przyczynia się do wzrostu zmysłowości, przeto zaczął umartwiać się. Takie postępowanie miłe było Panu ponad pany, bo oto, jak stwierdził pewnego razu O. Tobolski, celka Błażeja podczas umartwień pełna była jakiegoś cudownego, nieziemskiego światła.

Po wielekroć większym darem czynienia cudów obdarzył Stwórca swego wielkiego czciciela kiedy indziej. Jakiegoś dnia szedł Błażej razem ze swoimi przyjaciółmi, aż tu nagle spotkał małą dziewuszkę, rzewnie płaczącą. Płacz dziewczynki wzruszył jego czułe na niedolę ludzką serce, spytał ją zatem, kim jest i czemu to tak wielce rozpacza. W odpowiedzi na to zapytanie dziewczę odparło, iż jest sierotą, a co się tyczy powodów płaczu, to rzekła, że miała nieszczęśliwy wypadek, gdyż upadłszy stłukła dzbanek z mlekiem. Pragnąc dopomóc sierotce w nieszczęściu, pozbierał skrzętnie wszystkie skorupki, zestawił je, poczym jął modlić się do Zbawcy. Poszczególne skorupy na skutek jego modlitwy zlepiły się w całość w cudowny sposób, to też nalał do dzbanka wody, jak ongiś św. Jan Kanty, pobłogosławił ją znakiem Krzyża św. w następstwie czego woda zmieniła się na mleko. Po dokonaniu takiego cuda oddał dzban uszczęśliwionemu dziewczęciu, sam zaś powrócił spiesznie do kolegium.

W stosunku do ubogich czyli też kalek Błażej był bardzo miłosierny. Niejednokrotnie zdarzało, iż odejmował sobie od ust pożywienie, byleby tylko wesprzeć tych biedaków. Czasami po spożyciu otrzymanego odeń chleba chorzy powracali nagle do zdrowia, wieść o tym cudownym lekarstwie rozchodziła się lotem błyskawicy. W celu więc uniknięcia rozgłosu młodziutki cudotwórca unikał miejsc ludnych, a chronił się w zaciszne ustronia.

Jeden z biografów tego czcigodnego Polaka, ks. Florian Jaroszewicz, autor dzieła p.t. „Matka świętych, Polska”, powiada, że Błażej osobliwie w rozmyślaniu męki Jezusowej był tak gorący, że to i cudem Pan Bóg raczył sławić. Przez cały Wielki Post uczęszczał on na nabożeństwa pasyjne, pragnął tedy być obecnym na kazaniu pasyjnym także w Wielki Piątek, kiedy wszakże wyszedł z zajazdu na przedmieściu, zwanym Muszą Górą, kędy to mieszkał, po dojściu do poznańskich murów miejskich zastał bramę zamkniętą. Innej drogi do kościoła św. Marii Magdaleny nie było, pojedynczej osobie przed oznaczoną godziną podwoi nie otwierano, trzeba było zatem czekać. Błażej atoli chciał koniecznie być obecnym na nabożeństwie to też z żalu zalał się łzami. Przez chwilę łkał .żałośnie, wnet jednak, natchniony łaską Bożą, przeżegnał bramę, która momentalnie otworzyła się sama, gdy zaś dostał się on już do wnętrza grodu, sama też zamknęła się.

W szkołach poznańskich przebywał pobożny młodzian ogółem lat trzynaście, przez cały ten okres natomiast, jak pisze ks. Florian Jaroszewicz, „czystość duszną i cielesną nienaruszoną zachował". Szkolny Jego współtowarzysz, Krzysztof Marchlowic, wspominając o razem spędzonych chwilach, zeznał pod przysięgą w 1645 r. przed magistratem w Wąbrzeźnie, iż Błażej, „w Poznaniu do szkoły chodząc, tak, jako i w domu, dobrze we wszystkim się zachowywał”.

Osiągnąwszy doskonałość duchowną w młodym wieku, zapragnął syn państwa Pęcherków doskonalić się jeszcze więcej, skosztowawszy rozkoszy duchownych raz, zapragnął zażywać ich do końca swego żywota, skutkiem czego powziął postanowienie wstąpienia do zakonu. Skoro na wykładach w kolegium jezuickim poznał kilku młodych zakonników z klasztoru OO. Benedyktynów w Lubiniu, zamiar jego dojrzał, to też udał się tam niebawem, aby prosić o zaliczenie w poczet zakonników. To czego sobie życzył, spełniło się, magister nowicjuszów przyjął go z chęcią, w następstwie tego za się rozpoczął on próbę w nowicjacie. Po pewnym czasie przyjął habit zakonny, stosownie do zwyczaju chrzestne swe imię zmienił na zakonne Bernard, a w końcu złożył śluby zakonne, tudzież otrzymał święcenia kapłańskie.

Podówczas, kiedy O. Bernard przebywał w Lubiniu klasztor tamtejszy stał u szczytu swego rozwoju. Nad podniesieniem jego pracował wtedy z zapałem światły opat O. Stanisław Kiszewski, który upiększył kościół, upiększył bibliotekę klasztorną, podniósł  śpiewy kościelne, przy czym święcił przykładem dla całego klasztoru.

Co do O. Bernarda z Wąbrzeźna, to w zakonie udoskonalił się on po wielokroć więcej, dotychczas kwitnące w duszy cnoty rozminął jeszcze wspanialej. Regułę zakonną zachowywał w najdrobniejszych szczegółach, przełożonych słuchał bez najmniejszego szemrania, rozkazy ich zaś spełniał bez zwłoki. Jako kapłan, codziennie odprawiał Mszę św., to natomiast czynił z niepowszednim nabożeństwem, z niezwykłym przejęciem. Na modlitwie spędzał długie godziny, ze łzami w oczach modlił się do Odkupiciela, a ponadto codziennie, leżąc krzyżem na gołej ziemi bądź na ławce bez zwracania uwagi na mróz, rozmyślał o dobrym Chrystusie i o Jego bolesnej Męce. W trakcie rozmyślań tych tak zazwyczaj bywał zachwycony, że wyglądał, jak gdyby nieżywy. Ponieważ bał się obrazić Boga jakimś słowem, zachowywał stale milczenie, bez potrzeby nie mówił wcale, pragnąc za się zachować nadal czystość duszy jako też ciała, umartwiał się w dalszym ciągu z niezwykłą surowością. Pod jednym z wizerunków jego ze stulecia osiemnastego znajduje się krótka o nim wzmianka, w jakiej nieznany autor mówi, iż był z niego „mąż jak najniewinniejszy, niezmordowany w czuwaniach nocnych, wytrwały miłośnik modlitwy, surowy trapiciel swojego ciała”.

Świętobliwszego od O. Bernarda zakonnika nie było już, nikt go nie mógł przewyższyć pod tym względem, podziwiając więc jego cnoty, przełożony klasztoru, O. Kiszewski, mianował go mistrzem nowicjuszów. Ten właśnie urząd jest w każdym zakonie nadzwyczaj ważny, albowiem tacy będą przyszli zakonnicy, jaki był magister ich. Aczkolwiek pobożny ten benedyktyn, pochodzący z Wąbrzeźna, nie liczył jeszcze trzydziestu lat. Opat lubiński nie zawahał się nadać mu tę godność, albowiem pewny był, że o. Bernard nie zawiedzie pokładanych w nim nadziei, co rzeczywiście ziściło się.

Przez parę lat prowadził ten świętobliwy zakonnik nowicjat, zbożną tę pracę natomiast przerwała śmiertelna jego choroba. Jak pochodnia, płonął on miłością Bożą, płomień umiłowania Pana nad pany palił się w duszy jego nadzwyczaj jasno, uznał go przeto Stwórca za godnego wnijścia do przybytków niebiańskich, uznał go za dojrzałego dla niebios. Po ciężkiej chorobie, podczas której dał dowody niezwykłej cierpliwości, wyzionął O. Bernard ducha w opinii świętości. W ostatniej chwili życia chciał go szatan przestraszyć, pragnął czart wywołać w serce jego zwątpienie, w zbawienie jego duszy, na nic aliści to się zdało, bo konający zawołał do kusiciela: „Czegóż tu stoisz okrutna bestio? Nic we mnie przeciwnego woli Boskiej ale znajdziesz”, poczym wziął z rąk O. Kiszewskiego krzyż oraz, ucałowawszy go ze łzami w oczach, spokojnie zasnął. Stało się to dnia 2 czerwca 1603 r., gdy miał zaledwie dwadzieścia osiem lat.

Już w pięć lat po jego świętobliwej śmierci grób jego zasłynął cudami, liczni potrzebujący doznali jego pomocy i dla duszy i dla ciała, do trumny złożonej w nawie głównej na lewo od wejścia, dążyli przemnodzy wierni, by prosić go o łaski. W 1626 r. ks. Jan Trach-Gniński, biskup-sufragan poznański, a zarazem opat lubiński, ustawił nad grobem O. Bernarda drewniany pomnik, jako wotum za cudowne uzdrowienie. Obok osób pojedynczych cudów od tego czcigodnego sługi Bożego doznawały nawet cale miasta. Tak właśnie było z Grodziskiem, którego mieszkańcy w skutek gorących modłów do niego zostali uwolnieni od srożącego się morowego powietrza. Z biegiem lat coraz dalej rozszerzała się cześć prywatna O. Bernarda, coraz więcej było obdarowanych przezeń łaskami, to też O. Florian Jaroszewicz, pisząc swą „Matkę świętych, Polskę”, pod dniem 15 maja podał krótki „Żywot świętobliwego Bernarda z Wąbrzeźna Benedyktyna”, gdyż mówiono o nim powszechnie, jako o kandydacie do beatyfikacji, przy czym zbierano fundusz na koszta związane z prowadzeniem procesu beatyfikacyjnego. Dzieło owe wyszło w Krakowie w 1767 r., w tym samym natomiast wieku, mianowicie w 1794 r. za opata, O. Mikołaja Stanisława Kieszkowskiego, specjalna komisja biskupia dokonała otwarcia grobowca czcigodnego sługi Bożego. Ciało O. Bernarda znaleziono wówczas zachowane w całości, nie było ono wcale skażone, chociaż dywany, podrywające je, były całkiem zbutwiałe. W 1794 r. też O. Kieszkowski na miejscu dawnego nagrobka drewnianego, jaki spróchniał, ustawił nowy nagrobek z drzewa, sprowadzony z Wrocławia.

W ten właśnie sposób przygotowywano wszystko do procesu o beatyfikację, przygotowywania te jednakowoż przerwały takie wypadki polityczne, jak rozbiory Polski, wojny napoleońskie oraz zamęt, wywołany upadkiem Napoleona. Lubin dostał się w następstwie tych okoliczności pod zabór pruski. Prusacy za się rozpoczęli zwykłe swe rządy. Dobra klasztorne rozdali Niemcom, zakonników skazali na wymarcie, bogatą bibliotekę wraz z drogocennym archiwum wywieźli do Berlina, a fundusz na beatyfikację O. Bernarda najzwyczajniej w świecie zagrabili. Wobec takich faktów przez długie lata nie można było myśleć o wszczynaniu procesu beatyfikacyjnego, jakkolwiek wierni nie przestawali modlić się u trumny czcigodnego sługi Bożego. Cześć prywatną tego świętobliwego Benedyktyna szerzyła natenczas praca ks. Marcina Chwaliszewskiego, nosząca tytuł: „Żywot i cuda wielebnego sługi Bożego O. Bernarda z Wąbrzeźna”, wydana w Poznaniu w 1881 r. Kiedy w 1894 r. odbywał się w tym samem mieście wiec katolicki poruszono sprawę wyniesienia o. Bernarda na ołtarze, wszakże do rozpoczęcia procesu w św. Kongregacji Obrzędów w Watykanie wtedy nie doszło.

Skoro ojczyzna nasza zmartwychwstała, ks. prymas Edmund Dalbor oddał w 1923 r. OO. Benedyktynom ich klasztor oraz kościół w Lubiniu, powierzając im równocześnie parafię lubińską. W dwa lata po powrocie zakonników benedyktyńskich do dawnej siedziby nieznany bliżej autor, M. B., w artykule „Starajmy się o świętych polskich !”, wydrukowanym pod koniec 1925 r. w krakowskim „Dzwonie Niedzielnym”, pisał: „Może powrót do swego dawnego klasztoru OO. Benedyktynów, niedawno temu dokonany, tę sprawę przyśpieszy”, tymczasem okazuje się, że narazić jest to rzeczą niemożliwą, a dlaczego, wyjaśnił to w liście do nas z dnia 28 października 1926 r. O. Klemens Dąbrowski. :Sprawa beatyfikacji wieleb. O. Bernarda była w dawniejszych już latach dwukrotnie zaczynana” – brzmią jego słowa – „ale zawsze jakaś przeszkoda w drogę wchodziła. Leży nam ona bardzo na sercu, trudno jednak teraz się tym zająć, gdy nas jest jeszcze b. niewielu w klasztorze, a praca przy parafii bardzo absorbuje. Gromadzenie danych do beatyfikacji wymaga dużego nakładu czasu i pracy. Weźmiemy się do tego, gdy nas będzie więcej”.

Jeżeli chodzi o stan czci prywatnej czcigodnego sługi Bożego, to w Lubiniu jest ona rozwinięta, jak nam doniósł O. Klemens Dąbrowski, „pamięć o wiel. O. Bernardzie, żyje w tej okolicy”, „na grobie jego stale widnieją kwiaty i świece”, co świadczy o nawiedzaniu go przez wiernych. Kiedy dnia 15 grudnia 1926 r. zwiedzał klasztor lubiński ks. prymas Augustyn Hlond, wedle opisu w „Gazecie Polskiej” pióra Józefa Stańczewskiego, także „zainteresował się szczerze grobowcem wielebnego O. Bernarda z Wąbrzeźna, wyrażając nadzieję, że uda się przeprowadzić beatyfikacyjny proces świętego zakonnika”.

Katolickie społeczeństwo polskie z dalszych okolic naszego kraju zapoznaje się z postacią czcigodnego tego Polaka za pośrednictwem prasy, jaka od czasu do czasu podaje krótkie artykuły o nim. Pod koniec 1926 r. wiadomość o życiu tudzież o cnotach o. Bernarda, napisaną przez nas p.t. „Wytrwały miłośnik modlitwy”, zamieścił warszawski »Polak-Katolik” oraz włocławskie „Słowo Kujawskie”, a ponadto przedrukowała ją częstochowska „Niedziela”, w miesiąca lutym 1927 r. ładny szkic Józefa Stańczewskiego, zatytułowany: „Bernard z Wąbrzeźna, jako wzór studiującej młodzieży”, ukazał się na łamach warszawskiego „Pro Christo – Wiary i czynu”, popularny życiorys pióra naszego ogłosił w jakiś czas potem krakowski „Dzwon Niedzielny”, o wielebnym tym benedyktynie wspomniał w końcu Walenty Jezierski w wydanym w Kościanie w 1927 r. „Powiecie kościańskim”.

Świętość swojego sługi jeszcze za życia Pan Zastępów stwierdzał cudami, po stokroć liczniejszymi natomiast stały się one po jego zgonie. Krocie chorych oraz słabych na duchu, krocie biednych i cierpiących za jego przemożnym orędownictwem uzyskało łaski, o które prosili, jak zaś świadczy w poznańskim „Postępie” 1926 r. Józef Stańczewski, „skutecznej jego pomocy doznają wierni i dzisiaj jeszcze; świadczą o tym wymownie zeznania, składane przed proboszczami lubiskimi”. Podziękowanie za łaskę, doznaną za dni naszych, opublikował w 1926 r. poznański „Przewodnik Katolicki”, za wysłuchanie prośby dziękował wówczas Wincenty Stróżyński z żoną. „Wywiązując się z obietnicy”, – podawał on mianowicie do wiadomości publicznej – :składamy publiczne podziękowanie błogosł. Bernardowi z Wąbrzeźna, spoczywającemu w klasztorze św. Benedykta w Lubiniu Poznańskim, za wysłuchanie prośby i uzdrowienie córeczki, polecając Go każdemu w każdej potrzebie, jako orędownika u tronu Najwyższego”.

Pobożny ten zakonnik, wedle słów ks. Antoniego Jezierskiego, autora pracy „Klasztor Benedyktyński w Lubiniu”, ogłoszonej w 1915 r. w Poznaniu, „mimo młodego wieku jaśniał cnotami, jak gwiazda”, Bóg przypieczętował świętobliwość żywota jego przez cuda, zasługuje więc O. Bernard, iżby go Stolica Apostolski uznała za błogosławionego, iżby pozwoliła go czcić na ołtarzach w ojczyźnie naszej. Musimy starać się o to wszyscy, wszyscy musimy pracować nad beatyfikacją czcigodnego sługi Bożego, a obowiązek ten spełnimy wtedy, o ile modlić się będziemy o nowe cuda za jego przyczyną, o ile będziemy się modlić o wszczęcie jako też pomyślny przebieg procesu beatyfikacyjnego i o ile będziemy składali ofiary na fundusz beatyfikacyjny. Czyńmy to wszyscy, postępujmy tak zawsze, bo obecnie ogromnie potrzeba nam świętych polskich ! Polska schodzi dziś na manowce, synowie tudzież córy jej zstępują w błoto rozpusty, demoralizacja publiczna, publiczne zło, zaczyna szerzyć się u nas zatrważająco, górę bierze prywata, zanika u nas pobożność, trzeba tedy tym zbłąkanym istotom postawić wzniosły ideał szlachetności i wydrwiwanej dziś cnoty czystości, nim za się będzie O. Bernard. Dołóżmy starań, wykonujmy, co do nas należy, to za pośrednictwem tego anielskiego zakonnika, „który” – mówiąc słowami ks. Marcina Cbwaliszewskiego – „godzien jest zająć miejsce w Kościele polskim obok św. Kazimierza i św. Stanisława Kostki”, nastąpi prawdziwe odrodzenie moralne ojczyzny naszej, odrodzi się za jego przyczyną społeczeństwo polskie tak samo, jak za przyczyną św. Teresy od Dzieciątka Jezus, św. Jana Vianney, św. Magdaleny Zofii Barat oraz innych nowo wyniesionych na ołtarze patronów Francji nastąpiło wspaniałe odrodzenie katolicyzmu francuskiego trwające nadali.

S.M.R., Bernard z Wąbrzeźna, Pro Christo. Wiara i czyn. Organ młodych katolików, Warszawa, R. 9 (1933), nr 5 (maj), s. 276-282.

 

Nieraz już pisano na łamach tego pisma o polskich „kandydatach do beatyfikacji”; jednym z takich nieznanych przez ogół Świętych, zasługujących bezwarunkowo na cześć ołtarzy, jest zmarły 330 lat temu sługa Boży Bernard z Wąbrzeźna (1575-1603), zakonnik opactwa benedyktyńskiego w Lubiniu w Wielkopolsce.

Ojciec jego, Paweł Pęcherek, był burmistrzem i kościelnym w Wąbrzeźnie w Prusach Zachodnich, diecezji Chełmińskiej (dziś województwo Toruńskie). Wąbrzeźno, przezwane później przez Niemców Briesen, jest schludnym miasteczkiem, malowniczo położonym nad jeziorem; ma dziś przeszło 7000 mieszkańców i starożytny kościół gotycki z czerwonej cegły, stawiany przez Krzyżaków, gdzie 3-go lutego 1575 r. ochrzczono dziecię nowonarodzone małżonków Pęcherków, i nadano mu imię jakie sobie przyniósł: Błażej. Matka jego, Dorota Sasinówna, powiła mężowi 8-ro dziatek, które wychowywała w wielkiej karności i bojaźni Bożej. Błażej, obdarzony przez Boga wybitnymi zdolnościami, uczęszczał do szkoły rodzinnego miasteczka, chętnie służył do Mszy zacnemu proboszczowi, ks. Bartłomiejowi, i czynił tak wielkie postępy w naukach i w cnocie, że go rodzice postanowili kształcić dalej, i w 12-tym roku życia wysiali go do szkół OO. Jezuitów w Poznaniu. Pierwszym jego rektorem był tu przez 7 lat wielki teolog i znany tłumacz Pisma św. X. Jakub Wujek, a spowiednikiem O. Wojciech Tobolski, który na jakie 25 lat przedtem był profesorem greki św. Stanisława Kostki w kolegium wiedeńskim. Pod kierownictwem takich przewodników i mistrzów młody Pęcherek kształcił się w naukach świeckich oraz rósł w mądrości Bożej, przez nauczycieli i kolegów zarówno oceniony i kochany. Wtedy już zwracał na siebie uwagę niezwykłą a gruntowną pobożnością, i niejeden fakt z jego ówczesnego życia dowodzi, jak musiał być Bogu miłym.

Oto np. jedno zdarzenie uwiecznione na starym obrazie, umieszczonym przy jego grobie: W głębi wymalowane miasto Poznań z dawnym kościołem parafialnym św. Magdaleny o wyniosłej wieży; rzeka Warta z wielkim mostem, blisko rzeki Błażej jako student, w długiej czerwonej sukience z czarnym pasem, za nim dwóch jego współuczniów, przed nim nisko pochylona dziewczynka w czarnym ubraniu, sięgająca po dzbanek, który Błażej błogosławi. To pierwszy cud jego: razu pewnego bowiem, idąc z towarzyszami swymi do szkoły, spotkał za miastem sierotę płaczącą rzewnymi łzami, gdyż potknąwszy się przez nieostrożność rozlała mleko i stłukła dzbanek Błażej, wzruszony jej łzami, złożył skorupy i przeżegnał je: dzbanek był cały! Następnie kazał jej zaczerpnąć wody z Warty, przeżegnał go znowu, i woda zamieniła się natychmiast w mleko.

Innym razem – było to w Wielki Piątek, – Błażej, który był uczniem przychodnim OO. Jezuitów, a mieszkał na przedmieściu za murami miasta, śpieszył przede dniem z towarzyszami swoimi do kościoła św. Marii Magdaleny, na pasyjne kazanie. A że było jeszcze bardzo rano, przeto zastali bramę miasta zamkniętą. Błażej na ten widok rzewnie zapłakał, wyrzucając sobie, że nie pozostał przez noc całą w kościele na rozważaniu gorzkiej Męki Zbawiciela. Wszelako nie tracąc otuchy padł kornie na kolana, modląc się gorąco. Potem wstał, i natchniony duchem Bożym przeżegnał branie znakiem krzyża świętego. Natychmiast brama sama cudownie się otworzyła, a gdy wszedł z kolegami do miasta, znowu na powrót, bez żadnej ludzkiej pomocy, zawarła się i zaryglowała.

Udając się rano do szkoły, eksterniści zabierali ż domu drugie śniadanie, Błażej miewał zwykle tylko kromkę suchego chleba, w kieszeni, a i tę oddawał najczęściej napotkanemu na drodze nędzarzowi, bo nie stać go było na pieniężną jałmużnę. Bóg potwierdził kilkakrotnie, jak miłym mu był ten uczynek miłosierdzia; albowiem ubodzy chorzy, skosztowawszy chleba od św. Młodzieńca otrzymanego, przychodzili nagle do zdrowia. Gdy te cuda zaczęły się rozgłaszać, ciśnięto się tłumnie do pobożnego studenta; on zaś uciekał i krył się, aby go nie poznano i bocznymi uliczkami śpieszył do kolegium.

W wyższych klasach zapoznał się Błażej z kilku młodymi benedyktynami z klasztoru lubińskiego, którzy przebywali w Poznaniu na studiach teologicznych, i wspólnie mieszkali w osobnym domu, do opactwa należącym. Ciągnęła Błażeja mądra i szeroka Reguła św. Benedykta, zachowywana przez tych młodych mnichów z rzadką na owe czasy ścisłością, wskutek reformy klasztoru lubińskiego, opartej na konstytucjach kluniackich, świeżo przeprowadzonej przez opata Stanisława Kiszewskiego w 1589 roku. Za radą swego Spowiednika, wyżej wymienionego O. Tobolskiego SJ, który „chciał reformę lubińską podeprzeć tym świętym kandydatem jako mocnym i wypróbowanym słupem”, – jak pisze stary biograf naszego bohatera, – młody Pęcherek, skoro tylko ukończył nauki w kolegium Poznańskiem, poszedł rzucić się do nóg opata Kiszewskiego, prosząc go pokornie o przyjęcie do zakonu; działo się to 5-go stycznia 1599 r.

Kandydat miał lat 24, gdy przywdział habit św. Benedykta w Lubiniu i otrzymał imię zakonne Bernarda. Chwilę tę przedstawia stare malowidło znajdujący się również na grobie jego: ołtarz z dwiema zapalonymi świecami; na stopniach klęczy Bernard z pochyloną głową, a przed nim stojący opat wkłada nań czarny szkaplerz benedyktyński. W nowicjacie zajaśniał Bernard wszystkimi cnotami zakonnymi; „Już nie biegł drogą doskonałości, ale latał jako orzeł – mówi jego biograf, – On kochanek Boży, towarzysz Aniołów, zdawał się być nie uczniem, ale wzorem nawet 'dla tych, którzy byli jego przewodnikami”. Pokora jego i umartwienie były nadzwyczajne. Nosił on zwykle ostrą włosiennicę oraz pas nabijany żelaznymi kolcami[1]. Noce przepędzał często w kościele; zwykle zaś wyprzedzał czas Jutrzni, śpiewanej o północy, i bracia znajdowali go nieraz w zimie, na poły zdrętwiałego na gołej posadzce kamiennej, zatopionego w modlitwie.

Tak zeszedł mu rok próby nowicjatu. Wreszcie 24-go lutego 1600 r. został przypuszczony do profesji zakonnej i tego samego roku otrzymał święcenia kapłańskie, gdyż jak wyżej wspomniano, skończył był poprzednio nauki teologiczne pod światłym kierunkiem OO. Jezuitów, Według świadectwa współczesnych nie mógł odprawiać Najśw. Ofiary bez wylewania obfitych łez; co mu się też często zdarzało po Mszy św. wśród modlitwy dziękczynnej. Wojciech Marek, stary sługa klasztorny, stanął w 1686 r. przed komisją biskupią, mającą badać życie i cuda zmarłego przed 80-ciu laty Bernarda z Wąbrzeźna, i zeznał pod przysięgą, że dziś ma lat 104 „lecz jest całkiem zdrów na ciele i umyśle”; że w młodości często służył O. Bernardowi przy ołtarzu, „Razu jednego, powiada, gdy po Mszy św. modlitwy dziękczynne odprawował, wszedł do zakrystii pewien szlachcic z bratem swoim, wielką chorobę ustawicznie cierpiącym; wiedząc o świętobliwości O. Bernarda, prosił go o błogosławieństwo dla brata swego chorego. Sługa Boży pocieszał go mówiąc; „Nie frasujcie się, Pan Bóg was pocieszy” – i przeżegnał chorego. Po tym przeżegnaniu chory został wolny od wszelkiej niemocy”.

Opat Stanisław Kiszewski, widząc w młodym zakonniku tak wielką dojrzałość, zamianował go w 1601 r. magistrem nowicjuszów, mimo młodego wieku i niedawnej profesji. Bernard okazał się godnym tego zaufania przełożonego swego; uczył i porywał nowicjuszów sobie powierzonych nie tyle słowem co przykładem. Zawsze pierwszy w chórze i przy pracy, dzielił ich zajęcia, a gdy przez niebaczność lub niedbalstwo coś opuścili, sam to za nich spełniał, jakoby ich zastępując. Napominał ich wedle potrzeby to łaskawie i łagodnie, to znów poważnie a nawet surowo. Jeżeli który z nowicjuszów nie miał odwagi spełnić nałożonej sobie pokuty, to O. Bernard spełniał ją sam za winowajcę, który wtedy skruszony i do głębi przejęty, przychodził zwykle prosić o przebaczenie i dobrowolnie poddawał się karaniu.

Młody mistrz nowicjatu od dwóch lat zaledwie pełnił ten odpowiedzialny urząd, ku zadowoleniu opata i zbudowaniu współbraci, gdy prawie nagle ciężko zachorował. „Bóg chciał go wcześnie powołać do Siebie i wynagrodzić bogaty acz krótki żywot jego – czytamy w starym życiorysie Bernarda, – dlatego pozwolił, aby choroba jako wiatr ostry północny przewiała tę duszę, aby z niej jakoby z ogrodu Oblubienicy popłynęły wonności cnót: doskonałej cierpliwości i połączenia się z Bogiem przez bezwzględne poddanie się Woli Jego najświętszej”.

Bernard znosił wszystkie cierpienia, którymi podobało się Panu go nawiedzić, nie tylko mężnym, ale nawet wesołym umysłem, tak iż w zdumienie wprawiał tych, co się doń zbliżali. Odmawiał pomocy lekarskiej, wiedząc z objawienia, iż koniec krótkiego żywota jego się zbliżał, „Pragnę być rozwiązanym i być z Chrystusem”, powtarzał za św. Pawłem. Przyjąwszy z nabożeństwem Sakramenta św. żegnał się serdecznie z braćmi, a ująwszy mocno wizerunek Ukrzyżowanego, przytulił go do serca, całując z uniesieniem i tak umarł, in osculo Christi – dnia 2-go czerwca 1603 roku, w wieku lat 28, przeżywszy w klasztorze 4 lata, 4 miesiące i 6 dni. Słusznie do niego zastosować można słowa, które Kościół św. wyznaczył „na Introit św, Stanisława Kostki: Consummatus in brevi, explevit tempora multa (Stawszy się wkrótce doskonały, wypełnił czasów wiele).

Celę w której umarł W, O, Bernard, w wielkim zawsze miano poszanowaniu; znajdowała się ona w części wschodniej, klasztoru, gdzie się mieścił nowicjat. Na jednej ze ścian, blado-różowo malowanej, wyobrażone było łóżko, na nim konający Bernard, z twarzą podobną do istniejącego dziś jeszcze portretu, odbierający z rąk przeora krucyfiks. Z ust umierającego wychodziła para, a w niej maleńka osóbka, przedstawiająca duszę ku niebu ulatującą; w głowach stał Anioł w nogach czart. Naiwne to malowidło dziś już nie istnieje. Rząd pruski bowiem w r. 1846 kazał zburzyć i rozebrać tę część klasztoru, a cela ona, uświęcona tajemnicami życia Bernarda i jego zgonem, zniknęła bezpowrotnie. Pozostały tylko widoczne na podwórzu znaki fundamentów, na których można by kiedyś wznieść kaplicę w miejscu, z którego Sługa Boży do niebieskiej przeniósł się Ojczyzny.

Zwłoki jego święte pochowano z wielką czcią w głównej nawie kościoła lubińskiego, po lewej stronie od wejścia. Wierni, nieomylnym wiedzeni instynktem, zarzucali grób jego kwiatami, szczególnie różami i liliami, które potem rozsyłano po całym kraju, gdyż miały cudowną moc leczenia chorób duszy i ciała. Bracia zakonni Bernarda rozchwytywali na wyścigi najmniejsze drobnostki po nim pozostałe; zwłaszcza listy jego własnoręczne zdziałały kilka znamiennych cudów. Schodząc o północy na jutrznię, widywano nieraz Bernarda klęczącego w swej stalli jak za życia, ale z aureolą Świętych nad głową. Cuda tak się mnożyły na jego grobie, z którego dobywała się woń przedziwna, że zaczęto z daleka pielgrzymować do Lubinia, a w r. 1629 ks. Maciej Łubieński, arcybiskup Poznański, wyznaczył komisję do badania życia i cnót oraz łask i cudów za przyczyną Bernarda z Wąbrzeźna zdziałanych, – a było ich wtedy już przeszło 100.

Podniesienie zwłok jego naznaczone było na dzień św. Michała 1639 roku; miał go dokonać biegły w tych sprawach Jezuita, ks. Fryderyk Szembek. Tymczasem ten ostatni ciężko zachorował i niebawem umarł, a nadto wybuchnęły wojny szwedzkie; cały kraj stanął w ogniu; Szwedzi, przy pomocy zdrajcy Radziejowskiego, opanowali Wielkopolskę; palono i rabowano klasztory, znieważano i mordowano kapłanów i zakonnice Bogu poświęcone. Na domiar złego morowe powietrze głód i inne klęski towarzyszące wojnie spadły na nieszczęsną. Ojczyznę naszą. Nic dziwnego, że wśród takiej grozy i klasztor lubiński uległ spustoszeniu, Opat komendataryjny Stanisław Makowski uciekł zagranicę, zastępujący go przeor z bracią zakonną uszli na Śląsk. Dopiero w 1660 roku dwudziestu z nich powróciło z tego wygnania; zastali kościół i klasztor lubiński w opłakanym stanie. Nie tylko wota i cenne ozdoby z grobu Sługi Bożego Bernarda zniknęły bez śladu, ale i dokumenta dotyczące jego sprawy zaginęły. Trzeba było rozpocząć procedurę na nowo. Spisano szereg nowych cudów i rzecz miała być odniesiona do Rzymu, gdy nastały nowe wojny, pociągające za sobą zwykły orszak klęsk; głód, zarazę, ruinę materialną i nędze wszelkiego rodzaju.

Wreszcie w 1794 roku wyznaczona ad hoc komisja biskupia otworzyła grób Bernarda i znalazła po blisko 200 latach od zgonu ciało jego nieskażone. Po spisaniu protokołu nakryto trumnę kosztownym dywanem i zamurowano ją powtórnie. Na grobie ustawiono nowy pomnik, we Wrocławiu z kamienia krajowego wykonany, w pompatycznym, pretensjonalnym stylu owej epoki. Zdawało się, że teraz nareszcie dojdzie do upragnionego procesu beatyfikacyjnego, na który odłożono fundusz wynoszący przeszło 2000 talarów, Lecz inne były wyroki Boże; suma ta została zabrana przez rząd Pruski w 1836 r. wraz z innymi funduszami należącymi do klasztoru.

Dziś usiłują wznowić tę sprawę w Świętej Kongregacji Obrzędów, co powinno by pójść tym łatwiej, że wierni nie przestali wzywać Bernarda z Wąbrzeźnie (lud okoliczny zwie go przebłogosławionym) i otrzymywać za jego przyczyną hojne łaski tak dla ciała jak i dla duszy. Można by zatem dowieść kultu jego od niepamiętnych czasów i otrzymać na to potwierdzenie, tak jak było ze czcią błog. Bogumiła, którą Rzym nie dawno nieomylną swoją władzą usankcjonował.

 

S. M. R.

 


[1] Cenna ta pamiątka przechowuje się w Poznaniu, w Muzeum Tow. Przyjaciół Nauk. Dostała się tam z klasztoru lubińskiego po ostatnim jego zakonniku, ks. Wojciechowskim, który zmarł w 1874 r. jako proboszcz w Starym Gostyniu.

Zapomniany świątobliwy Pomorzanin o. Bernard z Wąbrzeźna, Rodzina, Bezpłatny dodatek do „Gazety Kartuskiej”, R. 15 (1936), nr 13 z 29 marca 1936 r.

 

 

2 czerwca rb. upływa 333 lat od. chwili, kiedy w klasztorze O.O. Benedyktynów w Lubiniu Poznańskiem umarł świątobliwy sługa Boży, kapłan zakonnik O. Bernard, pochodzący z Wąbrzeźna na Pomorzu. Nie długo żył na ziemi, bo niespełna 29, w zakonie zaledwie 5 lat, a jednak był to wielki Święty, który potrafił w krótkim czasie wspiąć się na tak wysoki szczebel doskonałości, że budził najgłębszy podziw u wszystkich, co mieli szczęście patrzeć na jego życie lub o nim słyszeć. Gdziekolwiek był, czy w domu rodzicielskim, czy w szkole miejscowej, czy u O. O. Jezuitów w Poznaniu, czy wreszcie w klasztorze w Lubiniu, wszędzie szedł drogą sprawiedliwych, a unikając najmniejszego pozoru grzechu, jasno pokazywał, że Bóg przeznaczył go do wyższych rzeczy.

O. Bernard nie napisał żadnych ksiąg naukowych, nie zostawił takich wiekopomnych dzieł, które głosiłyby potęgę jego umysłu i siłę jego woli, a jednak odnajdujemy w jego życiu wyraźne ślady jego niezwykłej mądrości i bohaterskiego czynu, kiedy umiał „ukrzyżować ciało swoje wraz z jego pożądliwościami”, oddać się całkowicie i niepodzielnie Bogu i wysłużyć sobie najpiękniejszą koronę niebieską. Cicho, i mało znany przeszedł .przed oczyma tego świata, którego nienawidził.

Dopiero gdy przeczysta dusza jego uleciała w objęcia Pana, stał się głośnym. Wiadomość o jego świętości wydostała się poza mury klasztoru, dowiedziano się o cudach, które już za życia znakiem krzyża św. czynił, o jego błogosławionej śmierci, o jego anielskich cnotach, którymi całemu klasztorowi przyświecał. Wierni wszystkich stanów zbierali się przy jego grobie, do niego się modlili i uprosili sobie za jego przyczyna cudowną pomoc w najrozmaitszych potrzebach. Świeccy i duchowni poczęli go czcić jako Świętego. Utrzymało się kilka dokumentów, w których są zapisane zeznania tych, co O. Bernardowi zawdzięczają wysłuchanie swej modlitwy.

Tak też było aż do roku 1834, kiedy umarł ostatni opat i rząd pruski zamknął klasztor. Zapanowała wtedy grobowa cisza w klasztorze lubińskim i gdy już nie było tam OO. Benedyktynów, powoli zapomniano o O. Bernardzie. Gorliwe starania o jego beatyfikację, rozpoczęte w roku 1639 przez O. Zimowicza przeora i O. Szembeka Jezuitę z Torunia nie udały się. Mozolnie zebrane akta z świadectwami o życiu i cnotach O. Bernarda zaginęły. 19 listopada bież. roku przypada setna rocznica, kiedy Prusacy zrabowali ofiary w kwocie 2000 talarów, przeznaczone na przeprowadzenie procesu beatyfikacyjnego. Odtąd nabożeństwo do O. Bernarda stygło. Dziś ludzie obojętnie przechodzą koło jego grobu, nie wiedząc, jak drogi skarb w nim się mieści.

Obecnie nadszedł już czas, aby sprawę O. Bernarda wyprowadzić na jaw i nią na nowo zainteresować szerokie masy społeczeństwa polskiego. Jesteśmy wolni od zaborcy, który tępił nabożeństwo do O. Bernarda i możemy swobodnie do niego się modlić. Dlatego odnówmy nabożeństwo, które nasi ojcowie do niego mieli.

Stary klasztor został przez Prusaków zburzony, trzeba wznieść nowy gmach, odpowiedni do potrzeb i zadania zakonu św. Benedykta. W Lubiniu są już polscy O.O. Benedyktyni, ale dla braku pomieszczeń i niemożliwości przyjmowania większej liczby Ojców i Braci nie mają, własnego opactwa. Dopomóżmy im do jak najrychlejszego uniezależnienia się od opactwa czeskiego, któremu obecnie podlegają. Ofiary można posyłać na P. K. O. nr. 206-129 pod adresem Klasztor O.O. Benedyktynów, Lubin Pozn.

Od 31 maja do 2 czerwca włącznie odbędzie się w kościele klasztornym w Lubiniu triduum. do Ducha św., w czasie którego wierni razem, z Ojcami będą prosili Boga o łaskę zaliczenia Ojca Bernarda przez Namiestnika Chrystusowego w poczet świętych. Należy się spodziewać, że liczne pielgrzymki wyruszą na te dni modlitwy do Lubinia. Ojcowie Benedyktyni serdecznie zapraszają.

O. Karol Meissner OSB, Ojciec Bernard z Wąbrzeźna, Przewodnik Katolicki, nr 45/2004.

 

To, co wiemy o Błażeju Pęcherku - bo takie było imię chrzestne i nazwisko późniejszego zakonnika lubińskiego Bernarda - może stanowić również dla dzisiejszego młodego człowieka interesujący obraz ucznia, potem studenta, a wreszcie zakonnika. Warto zwrócić uwagę na jego pragnienie wiedzy i samodzielność w dążeniu do niej.

Z Wąbrzeźna do Poznania przybył w 1587 r., aby się uczyć w założonym niedawno, bo w 1573 r., a już sławnym wówczas kolegium jezuitów. Miał wtedy dwanaście lat. Trzeba podziwiać samodzielność Błażeja i jego pragnienie wiedzy, skoro odważył się jako chłopak opuścić dom, by się uczyć. Wprawdzie nie szedł sam; był towarzyszem starszego o dziesięć lat kolegi z Wąbrzeźna, Krzysztofa Marchlowicza, który pozostawił później ważne uwagi o charakterze i życiu Błażeja.

Pochodził z niezamożnej rodziny, w której jednak starano się o to, by zdobył wykształcenie. Rodzice dali mu na miejscu to, co było możliwe do osiągnięcia w rodzinnym Wąbrzeźnie. Błażej chce się uczyć dalej, wyrusza więc w podróż, udając się do dobrej uczelni. Wybór pada na Poznań. Tutaj spędza dwanaście lat, przechodząc przez kolejne etapy szkoły – dzisiaj powiedzielibyśmy średniej – a potem wyższej.

Chce się uczyć w szkole katolickiej. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że sytuacja Kościoła w Polsce u schyłku XVI w. była bardzo trudna. Wiele parafii odeszło od Kościoła, tworząc nowe związki religijne, zwłaszcza w oparciu o naukę protestancką. Można podziwiać Błażeja za jego wybór uczelni katolickiej, prowadzonej przez znakomitych uczonych. Tutaj pracował m.in. znany tłumacz Pisma Świętego o. Jakub Wujek. W tej uczelni panuje też troska o wartości duchowe. Wiemy, że spowiednikiem Błażeja był o. Tobolski, jezuita, który był przed laty spowiednikiem św. Stanisława Kostki w Kolegium oo. Jezuitów w Wiedniu.

Koledzy pozostawili o młodym Błażeju ważne świadectwa. Podkreślają oni, że Błażej robił postępy nie tylko w nauce, lecz także w prawdziwej pobożności. Profesorowie bardzo go polubili i cenili i stawiali za wzór innym, a również koledzy wystrzegali się w jego obecności niewłaściwego i grubiańskiego zachowania. Błażej starał się dobierać takich kolegów, którzy mogliby mu dać dobry przykład, albo zwrócić mu uwagę, gdyby widzieli, że postępuje niewłaściwie. Wczesny biograf zauważa, że „dopuszczał do bliższej zażyłości i przyjaźni tylko tych kolegów, których zachowanie było pobudką do postępu”. Podkreślają też oni, że poza nauką, na którą zwracał baczną uwagę, starał się dobrze wykorzystać czas wolny. Błażej lubił uczestniczyć w życiu religijnym swej wspólnoty, biorąc udział w nabożeństwach i słuchając dobrych kazań. Jeszcze jedna cecha Błażeja stanowi dla nas cenny wzorzec. Był wrażliwy na potrzeby ludzkie, zwłaszcza ubogich. Koledzy stwierdzają, że mając skądinąd ograniczone środki na utrzymanie, dzielił się swoim chlebem z ubogimi, a sam nie wahał się po prostu prosić w jakichś klasztorach o „łyżkę strawy” - jak to mówią.

Ta postawa rzetelnego ucznia, dobrego kolegi i świadomego chrześcijanina była owocem życia wewnętrznego, które Błażej prowadził. Wiemy, że modlił się, że miłował Mszę św. i że kochał Maryję. To pobożność Maryjna doprowadziła Błażeja do klasztoru w Lubiniu, który od XII w. czcił Maryję jako swą patronkę. Błażej prosił Maryję, by go „z burzliwego morza światowego wyrwać raczyła i do portu szczęśliwego przyprowadziła”. Ten właśnie „port” znalazł w klasztorze lubińskim. Tutaj też złożył swoje śluby zakonne w 1600 roku. W życiu zakonnym przeżył zaledwie cztery lata. Przyjął sakrament kapłaństwa w 1602 roku. Zachowały się świadectwa o jego życiu zakonnym. Był gorliwy w modlitwie, prosty i wierny zasadom w sposobie życia. Mimo młodego wieku powierzono mu kształtowanie nowicjuszy. Zmarł, mając 29 lat, 2 czerwca 1603 roku. Pamiętano go jako człowieka życia wewnętrznego, wielkiej prostoty, miłości bliźniego i miłości do Pana Jezusa. Do jego grobu zaczęli przybywać ludzie, prosząc o wstawiennictwo. Zanotowano też wiele łask uproszonych za jego przyczyną, zwłaszcza cudownych uzdrowień. Doświadczyli tego na przykład mieszkańcy Grodziska Wielkopolskiego, którzy do dziś żywią wielką cześć dla Sługi Bożego, co roku pielgrzymując do jego grobu. Setki ludzi nawiedzają Lubiń, wpisując do kolejnych ksiąg swoje prośby i podziękowania za łaski otrzymane za wstawiennictwem Bernarda z Wąbrzeźna. Jego przykład wywarł wielki wpływ na całe życie klasztoru, który po śmierci tego młodego zakonnika zasłynął z gorliwości w życiu duchowym.

WESPRZYJ NAS


Z reguły św. Benedykta

Dziesiąty stopień pokory: jeżeli nie jest łatwy i skory do śmiechu, ponieważ zostało napisane: Głupi przy śmiechu podnosi swój głos (Syr 21,20). Jedenasty stopień pokory: jeżeli mnich, gdy nawet otworzy usta mówi powoli i bez śmiechu, pokornie i z powagą, niewiele, ale w sposób przemyślany i nie nazbyt krzykliwie, bo jest napisane: Mądry daje się poznać w kilku słowach.

 
PLAN DNIA
Dzień powszedni
6:00
Jutrznia
6:30
Medytacja, rozmyślanie
7:15
Msza święta
8:00
Śniadanie
9:00
Praca
12:15
Modlitwa południowa
12:30
Obiad
14:00
Praca
17:00
Nieszpory (sobota 15:00)
18:00
Kolacja
20:00
Kompleta
Niedziela
6:00
Jutrznia
6:30
Medytacja, rozmyślanie
8:00
Śniadanie
11:30
Msza Święta
13:00
Modlitwa południowa
13:15
Obiad
17:30
Nieszpory
20:00
Kompleta i Godzina czytań
MSZE ŚWIĘTE W OPACTWIE
Niedziela i uroczystości
7:30
 
9:30
 
11:30
Konwentualna
19:00
 

 

Poniedziałek - sobota
7:15
Konwentualna
18:00
(w poniedziałek w kościele pw. św. Leonarda)

 

W święta zniesione
7:30
Konwentualna
10:00
 
18:00

Polecamy

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
194 0.19398903846741